sobota, 17 października 2015

Rozdział Siódmy - Nowe wiadomości


    (...)

- Wczoraj dotarła do mnie wiadomość od magomedyków zajmujących się panem Weasleyem. Dowiedziałam się bardzo ważnej rzeczy.
- Mianowicie? - wtrąciła zniecierpliwiona Hermiona.
- Mianowicie, z wyników jego badań dowiedzieliśmy się, że został potraktowany wieloma zaklęciami niewybaczalnymi. - McGonagall mówiła wolno, jakby zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów - Według najnowszych wiadomości zdobytych przez Zakon, grupka sprzymierzeńców Sami Wiecie Kogo, zwanych Śmierciożercami ponownie uruchomiła swoją działalność. 
- Sugeruje pani, że Śmierciożercy zaatakowali Rona? - spytał nieprzytomnie Fred, o którego obecności Hermiona zupełnie zapomniała.
- Nie sugeruję panie Weasley, tylko mówię o tym czego się dowiedziałam. Kilku zamaskowanych napastników zaatakowało Ronalda gdy pod koniec wakacji udał się na ulicę Pokątną po rzeczy potrzebne do szkoły. Wiadomo jeszcze tylko, że był wielokrotnie torturowany zaklęciem Cruciatus, co bardzo poturbowało jego psychikę, oraz zaklęciem Imperius.
    Hermiona usłyszała jak ktoś wciąga ze świstem powietrze, a gdy się odwróciła zobaczyła bliźniaków wyprowadzających słaniającą się na nogach Ginny, z gabinetu. 
Histeryczka - Przemknęło gryfonce przez myśl. Mimo, że Ron był jej długoletnim przyjacielem, po tym co jej zrobił, nie umiała tak po prostu współczuć jemu lub jego rodzinie.
- Panie Potter, panno Granger, z pewnością wiecie, że do świąt zostało jeszcze tylko kilka dni. Chciałam wam przekazać, że pomimo niedyspozycji Ronalda, Molly i Artur zapraszają was do siebie na Gwiazdkę.
    Harry nadal siedział spokojnie, a Hermiona zamyśliła się. W pierwszej chwili chciała odmówić, jednak postanowiła nie odrzucać propozycji Weasleyów od razu. Przecież była pokłócona z Ronem, a nie z całą jego rodziną.
- Dziękujemy za poinformowanie nas o tym pani Profesor, ale jeśli to już wszystko, czy moglibyśmy wrócić do wieży Gryffindoru? - spytał nagle Harry.

- Oczywiście panie Potter, dobranoc.
- Dobranoc - mruknęli jednocześnie gryfoni. 
Wybraniec przepuścił w drzwiach przyjaciółkę i po chwili zrównał z nią swój krok. Mijali wiele portretów, a po jakimś czasie zauważył, że są one coraz starsze, co oznaczało, że zamiast iść w górę; do wieży Lwa, kierowali się w dół.
- Hermiona, wiesz, że idziemy do lochòw? - zapytał po chwili.
- Wiem. Przecież muszę iść na szlaban do Snape'a. - odparła, posyłając czarnowłosemu rozbawione spojrzenie.  - Myślałam, że chcesz mnie odprowadzić ale...
- Tak, chcę cię odprowadzić.  - wtrącił zmieszany.
Aż do końca drogi żadne z nich się nie odezwało. Oboje pogrążyli się w myślach, trawiąc nowe informacje na temat ich byłego przyjaciela.
    Hermiona nawet nie zauważyła nieobecności Malfoya na szlabanie, nie słyszała gderania Snape'a, nie miała pojęcia co się wokół niej dzieje, aż do czasu gdy nauczyciel wypchnął ją za drzwi, mówiąc, że może już wrócić do siebie. 
     Dopiero gdy znalazła się na ciemnym korytarzu, ogarnął ją niepokój. Bała się zamknąć oczy, w obawie, że gdy ponownie je otworzy, zobaczy coś niepożądanego. Bała się również spojrzeć za siebie, z praktycznie tego samego powodu. Uznawała regułę, że jeśli ma do wyboru małe światełko, lub całkowitą ciemność, wolała wybrać ciemność. Dlaczego? Czy, jeśli bylibyście na wrogim terytorium, tylko z malutką bronią, chcielibyście narażać się na gniew nieprzyjaciela? Strach był jej wrogiem, a żadnego wroga nie wolno lekceważyć. Wiedziała, że jej myśli były głupie, więc bardzo ucieszyła się widząc tuż przed sobą marmurowe schody, prowadzące z lochów, przez Salę Wyjściową, aż do samej Wieży Gryffindoru.
     Nie trać czujności Granger, naiwna idiotko!
Okej, okej, spokojnie. Już jest w miarę widno, a Hogwart to przecież mój dom! - wmawiała sobie - ...pełen duchów, zjaw, nauczycieli na dyżurach i tych idiotów, ślizgonów!
     Hermiona nie bała się duchów, ale na samą myśl o tych parszywych, zielonych gadach robiło jej się niedobrze... do czasu. Teraz miała wobec nich dług i była na nich cholernie zła za pomoc, bo nawet nie przeszło jej przez myśl, żeby ich o nią poprosić. Czy ci debile musieli się bawić w zbawców świata? Powinni zostawić to zadanie jej i Harry'emu.
      Złość wyparowała z niej tak szybko, jak się pojawiła.
Chciała nadal nienawidzić Dracona, Blaise'a, Theodore'a, Pansy i Daphne, ale po tym jak uratowali jej życie, nie potrafiła. Łudziła się, że jakiekolwiek złe myśli o nich i wspomnienia z nimi związane bardziej ją nakręcą i będzie znów umiała posyłać im wszystkim pełne pogardy spojrzenia. 
      Po co ona się właściwie nad tym wszystkim głowiła? - Zastanawiała się, wchodząc przez dziurę za portretem Grubej Damy: - Chyba tylko po to, żeby nie zastanawiać się nad tymi wszystkimi maszkarami, czającymi się w ciemnościach.
       




     Hermionie noc minęła zadziwiająco dobrze. Nie miała koszmarów, nie budził jej ból, choć gdy chciała się odwrócić na bok, musiała robić to bardzo ostrożnie. Harry niestety nie miał tyle szczęścia, bo gdy kładł się do łóżka, niezwykle mocno piekła go blizna, co z pewnością nie było dobrym znakiem. Gdy w nocy obudził się po okropnym śnie, natychmiast zwymiotował do wiadra, które trzymał obok posłania właśnie na takie sytuacje jak ta. Gdy tylko umył zęby, złapał swoją różdżkę i nie zawracając sobie głowy kapciami, pobiegł szybko do gabinetu profesora Dumbledore'a. Dyrektor kazał mu zaczekać i wysłał jednego z poprzednich zarządców Hogwartu, aby po obrazach przeszedł do komnat Minerwy McGonagall. Kobieta chwilę później wyłoniła się z kominka, a Potter szybko opowiedział im, jak w swoim śnie był świadkiem brutalnego napadu na Artura Weasleya. Przerażeni nauczyciele natychmiast wezwali pomoc, wysyłając ją do Ministersta Magii, czyli miejsca pracy pana Weasleya, gdzie domniemanie został po godzinach pracy zaatakowany przez węża Sami Wiecie Kogo, Nagini.

     Sen Harry'ego okazał się prawdą i gdyby nie szybka reakcja samego Wybrańca, Kadry Nauczycielskiej oraz magomedyków, Artur nie przeżyłby do rana. Choć Harry powinien cieszyć się, że udało mu się kogoś uratować, on widział jedynie ciemną stronę tego medalu. Bał się tego cholernego połączenia umysłami z Voldemortem i miał dość tego, że każdy oczekiwał od niego nienagannej postawy bohatera. Przecież on był tylko nastolatkiem!
- Nie mogę w to wszystko uwierzyć... - mruknęła zdziwiona Hermiona, gdy przyjaciel podzielił się z nią rewelacjami poprzedniej nocy. - Harry, ja też muszę ci o czymś opowiedzieć... - powiedziała zwieszając  głowę. Miała ochotę zapomnieć o tej chorej sytuacji i nigdy więcej do niej nie wracać, ale najpierw musiała doprowadzić to wszystko po końca. Pierwszym krokiem do tego było streszczenie przyjacielowi całego zajścia, a następnym, rozmowa ze ślizgonami.
- Wow... Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. - skomentował Harry przecierając ręką zmęczone oczy i jeszcze bardziej czochrając swoje wiecznie niepoukładane włosy. 
     Mogłoby się wydawać, że Wielka Sala nie była dobrym miejscem do tego typu rozmów, jednak Harry, tak samo jak Hermiona doskonale wiedział, że zatłoczone pomieszczenia są wprost idealne do knucia tajnych planów. Gdyby chowali się po kątach, lub szeptali cichutko w nie zatłoczonych salach, zwróciliby na siebie niepożądaną uwagę. Gdy siedzieli ramię w ramię z każdym innym, względnie nie mającym nic na sumieniu uczniem, wlewali się w tłum i po niespełna pięciu latach chodzenia do tej szkoły, nie byli już żadnym fenomenem. Innymi słowy, każdy miał już gdzieś, co tym razem omawiają, bo mogłaby to być zarówno praca domowa z eliksirów, plany na wakacje lub plan obalenia zła. 
      Oboje po tym, co powiedzieli sobie przed chwilą, stracili ochotę na jedzenie. Granger jeszcze chwilę próbowała niemrawo nabrać mleko na widelec, a zmęczony Potter prawie wsadził głowę w swoje jajka na bekonie. Gdy przyszedł czas, żeby zebrać się na lekcje, sami nie wiedzieli czy jest to dla nich wybawienie czy zguba, ale razem ruszyli powoli na Zielarstwo - domniemany pierwszy przedmiot tego dnia.
     Gdy zaszli już pod cieplarnię numer trzy, odprowadzeni dziwnym wzrokiem połowy szkoły, zorientowali się, że jest ona zamknięta, a Pomony Sprout nigdzie na horyzoncie nie widać.
Harry jęknął głośno i uderzył czołem o ścianę cieplarni.
- Hermiono? - mruknął żałośnie. Gdy dziewczyna dała znak, że słucha, dodał takim samym tonem - Czy jesteśmy dziś na tyle niewyspani, że nie zorientowaliśmy się, że chcemy iść na lekcje w sobotę?
- Chyba tak Harry. - odparła sennie gryfonka. 
- Nie mam siły wracać do doooooormitorium. - ziewnął potężnie.
- Nie marudź... -  zaśmiała się cicho, ciągnąc go za  łokieć z powrotem w stronę zamku.
Może i nie mogła narzekać, bo w nocy nic nie zakłóciło jej snu, jednak wszystko czego zdążyła się od rana dowiedzieć, okropnie ją zmęczyło. W ogarnięciu się nie pomagał jej też Harry, marudzący dziś na każdym kroku.
     Jakby tego było mało, na korytarzu na trzecim piętrze, wpadli na Malfoya i Parkinson. Hermiona, jako, że jakąś tam kulturę posiadała, skinęła głową w stronę chłopaka i powtórzyła ten gest, dodatkowo posyłając Pansy słaby uśmiech. Harry i Draco od czasu wspólnej walki z Ronem, nie nienawidzili się już tak bardzo i pewnie nawet przywitaliby się ze sobą gdyby nie to, że Wybraniec prawie spał.
     Malfoyowi wystarczyło jedno spojrzenie aby ocenić sytuację.
- Jak tam Potter, kac? - odezwał się, nim ktokolwiek inny zdążył to zrobić. Ku zdziwieniu wszystkich obecnych, w jego głosie nie było drwiny, a jedynie rozbawienie. Hermiona uznała, że jego głos był bardzo przyjemny bez tych wszystkich ubarwień, które tak lubił wprowadzać. Nieświadomie spojrzała mu w oczy i nagle zrozumiała coś, co od wielu dni ją męczyło, jednak nie dała nic po sobie poznać. Tak jej się przynajmniej wydawało.
- Jeśli kac, to tylko moralny. - burknął Harry, uchylając lekko oczy, aby posłać dawnemu wrogowi lekko kpiące spojrzenie.
- Wyglądacie jakbyście nieźle zabalowali. - roześmiała się Pansy. - Poza tym, o ile się nie mylę, mieliście zamiar iść na lekcje. W sobotę - specjalnie dała nacisk na ostatnie słowo.
- Owszem, poszliśmy na zielarstwo. - zgodził się gryfon.
- Ale pocałowaliśmy klamkę i wróciliśmy do zamku. - dodała całkiem już rozbudzona Hermiona.
- A najlepsze jest to, że nie wiem co nam się popieprzyło z tym zielarstwem, bo w żaden dzień tygodnia nie mamy go na pierwszej godzinie. - powiedział Harry, także powoli się rozbudzając.
- Brawo Potter, pięć punktów dla Gryffindoru. - parsknął śmiechem Malfoy. Brew Hermiony natychmiast powędrowała do góry.
- Brawo idioto, jesteś prefektem i właśnie dodałeś nam punkty. - uśmiechnęła się ironicznie i ponownie pociągnęła Harry'ego za rękaw. Bała się, że Malfoy będzie ich gonił i nie odpuści jej tego "idioty",  ale dziękowała Merlinowi za to, że tak się nie stało. Nie wiedziała tylko, że on wcale nie odpuścił, a jedynie przesunął tę sprawę w czasie.
     Gdy doszli do Wieży Gryffindoru, opadli ciężko na stare fotele w kącie salonu, a jako, że były to te same fotele na których kiedyś siadali z Ronem, Harry chcąc nie chcąc, zapytał:
- Sądzisz, że na prawdę zaatakowali go Śmierciożercy?
Hermiona nie musiała pytać o kogo chodzi Harry'emu.
- Tak - odparła po chwili zastanowienia - Myślę, że Ron jest wybuchowy i nieprzewidywalny, ale jest dobrym człowiekiem.
- Jesteś w stanie mu wybaczyć?
- Jestem  - powiedziała, zadziwiając tym samą siebie. Od dawna nie zastanawiała się nad sprawą Ronalda, ale gdzieś w środku czuła, że faktycznie jest w stanie wybaczyć dawnemu przyjacielowi jego przewinienia. - Jeśli zobaczyłabym papiery potwierdzające użycie na nim czarów, dałabym mu drugą szansę. Przecież nie wiedział co robi.
Harry posłał jej zdziwione spojrzenie, które moment później pokryła mgiełka zamyślenia.
- Głupio mi teraz, że tak chcieliśmy się mścić. To nie w naszym stylu.
- Nikt z nas nie był sobą, nie zamartwiaj się tym Harry. - powiedziała natychmiast Hermiona i przesiadła się na boczne oparcie fotela chłopaka. Gdy nie odpowiedział na jej słowa, nadal wlepiając wzrok w dywan, delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. - Czasu nie cofniemy, może wystarczy porozmawiać z Ronem? Jeśli już dobrze się czuje, to może...
- Myślisz, że będzie chciał nas widzieć? Po tym co zrobiliśmy? - zapytał z wyrzutem, wreszcie odwracając głowę w jej stronę. Hermiona już wiedziała, że ich rozmowa kieruje się na złe tory. Jeśli chciała uniknąć kłótni, musiała szybko coś zrobić.
- Co my takiego niby zrobiliśmy? Broniliśmy się, bo nasz przyjaciel okazał się szajbusem.
     Dopiero gdy powtórzyła sobie w myślach to co powiedziała, zrozumiała, że właśnie dolała oliwy do ognia.
- Szajbusem? Szajbusem, tak? Sama powiedziałaś, że użyto na nim zaklęć, a teraz go wyzywasz!
- Nie wyzywam go! - oburzyła się gryfonka. Kilkoro uczniów posłało w ich stronę zaciekawione spojrzenia, więc ściszyła głos. - Po prostu próbuję ci wytłumaczyć, coś co powinieneś widzieć sam, ale najwyraźniej jesteś ślepy na całą tą sytuację. - Dodała mocnym szeptem.
- Ah tak, nic złego nie zrobiliśmy, najlepiej idźmy do niego i naplujmy mu w twarz! - krzyknął Harry tak głośno, że Hermiona aż się cofnęła.
- O co ci nagle chodzi? Do tej pory nie przejmowałeś się tak tym wszystkim!
- Chodzi mi o to, że od września ani na chwilę nie zainteresowaliśmy się sprawami Zakonu - syknął cicho, podchodząc do niej. - Czy tata Rona musiał mieć wypadek, a jego samego musieli zaatakować Śmierciożercy, żebyśmy przypomnieli sobie o tym, że Voldemort powrócił i trzeba zacząć się przygotowywać do wojny? Jak do tej pory, najważniejsze dla nas były nasze sprawy, sprawdziany, kartkówki, nasze uczucia. Zapomnieliśmy, że na wojnie to się nie liczy!
- Nie ma wojny - wtrąciła zniecierpliwiona Hermiona.
- Nie ma ale będzie. A my zamiast się przygotowywać, zajmujemy się bzdurami!
- Przestań na mnie krzyczeć! Pamiętaj, że tego właśnie chciał Zakon. Nie jesteśmy jego członkami, bo chodzimy do szkoły i to właśnie nią mamy się zająć! Wojna, owszem, będzie, ale jakbyś nie zauważył, Zakon nas na niej nie chce. 
- Czyli rezygnujesz? - zapytał z niedowierzaniem malującym się w zielonych oczach.
- Re..rezygnuję? Co?
Harry przejechał rękami po twarzy i potargał swoje ciemne włosy. Miał serdecznie dość tej rozmowy, bo prowadziła ich donikąd.
- Chcesz się wycofać z pomocy? Masz gdzieś sprawy Zakonu.
- Nie mam ich gdzieś, ale Zakon nas nie chce. Czy do tej pory poprosili nas o cokolwiek ważnego, czy może wypędzanie Bahanek z zasłon w domu Syriusza jest jedyną super misją dla Harry'ego Pottera? Rękami i nogami próbujesz się tam wepchnąć, ale nie widzisz, że tam nie ma dla ciebie miejsca. Nie ma go dla żadnego z nas. 
     Hermiona próbowała coś wyczytać z twarzy przyjaciela, ale była ona nieprzenikniona. Szmaragdowe oczy wpatrywały się w nią ni to ze smutkiem, ni z goryczą, a usta złożone były w cienką linię, tak jak często u Profesor McGonagall.
     Po chwili Harry złożył ręce na piersi, a Hermiona widziała, że już ochłonął.
- Wiem, że to nie moje pięć minut, ale ja chcę pomóc. - powiedział cicho, smutno i ze zrezygnowaniem.
- Wiem Harry. Poczekajmy, wojny jeszcze nie ma. Przygotujemy się po swojemu, mamy przecież Gwardię. - odparła siadając obok niego i łapiąc go za ciepłą dłoń.
     Brunet mocno ścisnął jej rękę i przyciągnął ją do siebie w rozpaczliwym uścisku, który bez zastanowienia oddała. Wiedziała, że kryzys jest już zażegnany. 
- Chcesz jechać na święta do Nory? Państwo Weasley nas przecież zaprosili. - zapytał Harry chwilę później, gdy ponownie siedzieli obok siebie.
- Chcę. To lepsze rozwiązanie niż siedzenie w zamku. Może Ron wyszedł już z Munga i uda nam się z nim porozmawiać? Kto wie - Wzruszyła ramionami.
- A jeśli nadal jest tym "szajbusem"? - parsknął Harry, za co chwilę później dostał kuksańca od Hermiony. - Ałaaa...
- Nie wierzę w to. - powiedziała smutno i po chwili dodała: - Nie chcę wierzyć. Nie rozmawiajmy o tym na razie.
- W porządku. A spotkanie Gwardii? Myślałem, żebyśmy się spotkali jeszcze przed świętami. - Harry szybko zmienił temat.
- Trzeba je urządzić jakoś w tym tygodniu. - przyznała Hermiona.
- Sobota rano?
- Nie, w sobotę jest wyjazd. Wszyscy będą zabiegani.
- Umbridge też. - zauważył Harry.
Granger westchnęła i wstała z kanapy.
- Wstępnie niech będzie piątek wieczorem. Myślę, że Malfoy nie będzie chciał siedzieć na szlabanie w ostatni wieczór w tym semestrze, więc na pewno ugada Snape'a, żeby dał nam wolne.
- "Snape" i "ugada"? - zadrwił chłopak i również wstał.
- Myślę, że jak Malfoy chce to potrafi. 
- Nie wiem, może. Okej, więc piątek. A teraz wybacz Hermiono, ale muszę się zdrzeeeeemnąć - ziewnął Harry i szybko przytulił przyjaciółkę, po czym zniknął na schodach prowadzących do pokojów chłopców.
     Moment później Granger rzuciła się na swoje łóżko w dormitorium, które dzieliła z Lavender i Parvati, ciesząc się wreszcie błogą ciszą spowodowaną nieobecnością jej współlokatorek.
     Nareszcie mogła się zastanowić nad tym co dziś dostrzegła. Od zdarzenia z Ronem, nie dawał jej spokoju ten dziwny błękit. Nie wiedziała, co ten kolor oznaczał, nie wiedziała skąd się wziął, ale wiedziała, że była nim oczarowana. A dziś okazało się, że oczy Malfoya bez tych wszystkich drwin i kpin, są właśnie tak pięknie stalowoniebieskie! Jak burzowe niebo, przeszło jej przez myśl. Hermiona kochała burze. Zawsze podczas burzy cały świat jakby odżywał, rodził się na nowo. Gdy ludzie chowali się przed deszczem, ona potrafiła bez okrycia wyjść na dwór tylko po to, by również poczuć na sobie te zbawienne krople. A teraz okazało się, że  oczy tego gada są tak śliczne!
- Ugh! - warknęła Hermiona i zwlokła się z łóżka. Nie mogła sobie pozwalać na takie dziwne myśli. Malfoy to nadal Malfoy! 
     Myślenie o blondynie przypomniało jej o zmianie opatrunku, więc czym prędzej się za to zabrała. Postanowiła jednak najpierw wziąć szybki prysznic i "zmyć" z siebie wszystkie przeżycia dzisiejszego dnia.




    Malfoy nie był głupi i zauważył ten dziwny błysk w oczach Granger, gdy ich spojrzenia się spotkały. Ciekawiło go bardzo, co takiego dziewczyna odkryła, ale przecież nie mógł jej zapytać przy wszystkich. W dodatku tak się zamotał, że przypadkowo dodał Potterowi punkty! No i Granger nazwała go idiotą! Wiedział dobrze, że nie puści jej tego płazem, ale nie chciał już robić scen przy Pansy i Wybrańcu-Zasrańcu, zwłaszcza, że nazwanie go idiotą w takiej sytuacji było jak najbardziej na miejscu. Co nie znaczy, że ta Granger może go poniżać w obecności swojego ciołkowatego przyjaciela, albo w ogóle kogokolwiek! Postanowił, że dopadnie ją na osobności. Musiał tylko zaczekać do poniedziałkowego szlabanu u Snape'a.







  Kochani! Wybaczcie mi błagam!
Wiem, że nie było mnie tu z wami dwa miesiące, ale, choć może trudno uwierzyć, mój komputer nadal jest zepsuty. Jestem na siebie okropnie zła, bo już od dawna miałam zamysł tego rozdziału, nie miałam tylko jak go napisać. Miał być o wiele dłuższy, miałam opisać szlaban i wyjazd z zamku, jednak ten rozdział i tak wydawał mi się ciągnięty na siłę. OBIECUJĘ dodać nowy w przyszłym tygodniu. 
  Mam nadzieję, że jeszcze choć kilka osób zostało ze mną pomimo tak długiej nieobecności. Rozdział dedykuję każdemu, kto nadal jest na tym blogu. Proszę o opinie w komentarzach <3..
    Clarence

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział Szósty - Po prostu zrób pierwszy krok





     Blaise Zabini leżał właśnie na łóżku w dormitorium, które dzielił z Draco Malfoyem i Theodorem Nottem - jego najlepszymi przyjaciółmi. Obok niego leżała Daphne Greengrass, jedna z jego przyjaciółek. Oprócz nich, w pokoju nie było nikogo. Leżeli w ciszy, wpatrując się w sufit i ciesząc się swoim towarzystwem.
     Diabła od dawna coś ciągnęło do ślizgonki, jednak nie ujawniał się z tym, bo dziewczyna widziała w nim tylko przyjaciela. Postanowił nie psuć ich relacji i cieszył się, gdy mógł spędzić z nią choć chwilę czasu.
     Nagle cisza stała się niezręczna, a żadne z nich nie wiedziało jak ją przerwać. W tym samym momencie odwrócili się do siebie nawzajem. Zabini natychmiast utonął w pięknych błękitnych oczach Daphne. W tym momencie wiedział już doskonale, że jest zgubiony.
O dziwo dziewczyna nie oderwała od niego wzroku, a w jego sercu natychmiast zakiełkowała nadzieja. Może jednak ona też coś do niego czuje?
     Nie bądź głupi Zabini! To jeszcze nic nie znaczy!
     Gdy Draco mocnym kopniakiem otworzył drzwi sypialni, Blaise miał ochotę wyściskać go za to, że przerwał to co się tu przed chwilą działo. Zdziwił się bardzo, gdy zobaczył, że chłopak niesie na rękach nieprzytomną Hermionę Granger.
- Stary, mogłeś ostrzec, że masz plany na wieczór. - zaśmiał się Zabini, sugestywnie poruszając brwiami.
     Malfoy podszedł do swojego łóżka i delikatnie położył na nim dziewczynę. Posłał przyjaciołom wściekłe spojrzenie i szybko ściągnął z siebie brudny od krwi płaszcz.
- Draco jesteś cały we krwi! - Zdziwiła się Daphne i szybko podeszła do blondyna.
- No co ty nie powiesz? - warknął Malfoy, nie zawracając sobie głowy uprzejmościami. Rzucił płaszcz w kąt pokoju i podszedł z powrotem do nieprzytomnej Granger. - To nie moja krew.
- Co wam się stało? Mieliście być na szlabanie u Snape'a. - wtrącił się Blaise.
- I byliśmy. - przytaknął blondyn, starając się zdjąć z gryfonki grubą sportową kurtkę, która podobnie jak jego była cała we krwi. - Daphne, przynieś mi apteczkę z łazienki.
Blondynka natychmiast pobiegła przynieść to o co prosił Draco, a Blaise pomógł przyjacielowi zdjąć z Hermiony okrycie.
- Chcesz mi powiedzieć, że to ty ją tak załatwiłeś?
- Nie debilu, Snape wysłał nas do zakazanego lasu, a ta idiotka oczywiście nawet nie miała przy sobie różdżki żeby się bronić. - Rozzłoszczony chłopak nawet nie spojrzał na Zabiniego. Delikatnie rozpiął bluzę dziewczyny i podwinął jej bluzkę. Brzuch i lewy bok gryfonki był cały zabrudzony krwią, więc nie mógł na pierwszy rzut oka ocenić jak głębokie są rany.
- Czemu po prostu nie zaniosłeś jej do Skrzydła Szpitalnego? - zapytała Greengrass gdy wróciła z apteczką.
Draco wziął od niej eliksir oczyszczający, kilka wacików i zaczął jak najdelikatniej przemywać zadrapania.
- Bo ta stara wiedźma Pomfrey zawsze histeryzuje i pewnie trzymałaby ją tam z miesiąc, jak nie dłużej. Granger by mnie za to zabiła. - mruknął, nie przerywając swojej pracy.
- Trzeba ją obudzić. - przypomniał Blaise.
- Wiem. Umiesz zatamować krwawienie? - spytał Zabiniego. Brunet tylko przecząco pokręcił głową. Draco przeniósł wzrok na Daphne. -  A ty?
- Nie, ale wydaje mi się, że Nott umie.
- No to leć po niego! Wiesz gdzie może być?
- Poszukam go.
Gdy dziewczyna wyszła, Diabeł postanowił pomóc Draconowi z jego mozolną robotą.
- Draco, ona jest coraz bledsza! - przestraszył się Zabini po kilku minutach. Malfoy posłał mu spojrzenie wściekłego bazyliszka.
- Przecież widzę! - warknął szukając w apteczce czegoś pożytecznego.
- Zanieśmy ją do Skrzydła. - powiedział poważnie brunet. - Nie damy sobie rady sami, nie jesteśmy uzdrowicielami!
- Powiedziałem ci już, że nigdzie jej nie zaniosę! - krzyknął wściekły Draco.
- Coś się tak na to uparł?! Odniesiemy ją tam i będzie po sprawie!
- Zapamiętaj sobie raz na zawsze Zabini, że ja nie zostawiam niedokończonej roboty!
Tym razem to Blaise zgromił blondyna wzrokiem.
- Gdyby nie to, że wiem, że nie dasz sobie rady sam, to już by mnie tu nie było!
Malfoy wskazał ręką drzwi.
- Proszę bardzo, wypierdalaj!
- Co.. co tu się dzieje? - niespodziewanie do rozmowy wtrącił się trzeci, wyjątkowo słaby głos. Chłopcy zapominając na chwilę o gniewie, przenieśli wzrok na budzącą się Hermionę. - Malfoy zabieraj te łapska z mojego brzucha! - krzyknęła gdy dotarło do niej gdzie i z kim się znajduje.
     Próbowała odsunąć się od blondyna, ale Blaise złapał ją za ramiona i skutecznie unieruchomił.
- Nie szarp się Granger, jesteś ranna. - mruknął Zabini, puszczając dziewczynę. - A ty Malfoy przestań zgrywać księżniczkę i zacznij się wreszcie liczyć ze zdaniem innych.
Draco rzucił eliksir i waciki na swój stolik nocny.
- Jeśli ktoś tu jest księżniczką to ty Zabini!
- Tak mówisz? To radź sobie sam!- krzyknął Blaise i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami tak, że prawie wypadły z zawiasów.
     Hermiona, która jeszcze nigdy nie widziała wściekłego Zabiniego przestraszyła się nie na żarty. Skoro nawet zazwyczaj opanowany i zabawny brunet tak się wściekł, to kłótnia musiała być naprawdę poważna.
- To ja może sobie już pójdę... - mruknęła dziewczyna, zsuwając się z łóżka. Ledwo stanęła na nogach, a już złapała się za bok, niebezpiecznie chwiejąc się do przodu. Malfoy dość niedelikatnie złapał ją za ramiona i posadził z powrotem.
- Nie pieprz tylko leż, bo nie chcę żebyś się wykrwawiła na moim drogim dywanie. - warknął w jej stronę, jednocześnie zastanawiając się gdzie się podziewają Daphne i Theodore.
- Nie potrzebuję twojej łaski Malfoy. - odgryzła się natychmiast.
- Nie denerwuj mnie bo zacznę żałować, że nie zostawiłem cię w tym lesie. - powiedział. Hermiona zmrużyła oczy, a później nagle zerwała się na równe nogi. Draco natychmiast zagrodził jej drogę. - Mogę wiedzieć, co ty do jasnej cholery odwalasz?
- Która jest godzina? - spytała ignorując pytanie ślizgona.
- Zadałem ci pytanie. - przypomniał jej oschle.
- Ja tobie też.
Draco westchnął i spojrzał na zegarek.
- Wpół do dwunastej.
Hermiona po raz kolejny spróbowała wyminąć blondyna.
- Z łaski swojej rusz ten swój arystokratyczny tyłek i mnie przepuść.
- Jak mi podasz jakiś sensowny powód, dlaczego miałbym ro zrobić, to może się nad tym zastanowię.
- Czy taki powód, że mamy niecałe półgodziny żeby znaleźć ten głupi kwiat i oddać go Snapeowi, ci odpowiada? - warknęła, odpychając od siebie chłopaka.
Nagle do pomieszczenia weszli Theodore, Pansy i Daphne.
- Radzę ci się natychmiast położyć Granger, jeśli chcesz przeżyć noc. - odezwał się Theo, zaglądając do apteczki leżącej na stoliku obok łóżka Malfoya.
- Okay, nie wiem co wam się ubzdurało w tych czysto-krwistych łbach ale ja nie potrzebuję waszej pomocy i doskonale poradzę sobie sama!
- Tak uważasz?- warknął Draco pochylając się nad szatynką.
- Tak, tak uważam! - odparła, dumnie podnosząc głowę.
Nadal trzymając się za krwawiący brzuch, przykuśtykała do drzwi. Już miała wyjść gdy przed oczami pojawiły jej się mroczki. Poczuła ciepło pod ręką, którą obejmowała brzuch. Kolejny raz tego dnia zachwiała się niebezpiecznie i żeby nie upaść, podtrzymała się framugi drzwi. Nie chciała pokazywać swojej słabości przy ślizgonach.
- Przecież w tym stanie to ona nawet do schodów nie dojdzie. - mruknął Theo tak cicho, że tylko stojący najbliżej niego Draco go usłyszał. Skinął głową na potwierdzenie słów przyjaciela i założył ręce na piersi, nadal oglądając poczynania gryfonki.
Nagle dziewczyna zgięła się w pół i objęła brzuch oboma rękami. Teraz nic już nie podtrzymywało jej przed upadkiem.
- Hermiona! - pisnęła Pansy, gdy pod szatynką ugięły się kolana. Zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, gryfonkę złapał... Zabini?
- Widzę, że przyszedłem w odpowiednim momencie. - mruknął cicho.
Draco wziął Hermionę od Blaise'a i położył ją ponownie na swoim łóżku. Theodore natychmiast zaczął krzątać się wokół niej z różnymi eliksirami, wypowiadając w tym samym czasie formułki zaklęć.
- A powie mi ktoś po co my to w ogóle robimy? - zapytała Pansy jakieś półgodziny później, gdy razem z Blaisem, Daphne i Draconem siedziała w opustoszałym pokoju wspólnym.
Jakiś czas temu Theo wyprosił ich z sypialni, twierdząc, że potrzebuje skupienia.
- Bo Malfoy, nasz pan i władca miał takie widzi mi się. - burknął Blaise, siedzący na kanapie pomiędzy dziewczynami.
- Długo się tak będziecie na siebie boczyć? - westchnęła Daphne.
- Właśnie, o co wam w ogóle poszło? - przyłączyła się Pansy. - Bo chyba nie o to, że Draco chciał pomóc Hermionie?
- Nie chciałem jej pomóc! - obruszył się natychmiast blondyn.
- To po co to zrobiłeś? - spytała dociekliwie Greengrass.
- No... nie wiem...
Blaise parsknął szyderczym śmiechem.
- Ale za to ja wiem. - wtrącił tak jadowicie, że siedząca najbliżej niego Daph aż się wzdrygnęła. Chłopak natychmiast się trochę uspokoił. Nie chciał, żeby się go bała. - Otóż, nasz kochany Draco myślał, że całe życie może być sukinsynem bez uczuć, a teraz nie wie jak się w pewnych sytuacjach odnaleźć bo jakieś ludzkie instynkty zaczęły przez niego przemawiać. Przykro mi Draco, nie zostaniesz królem ciemności tak jakbyś chciał bo jak widać, w niektórych zakamarkach twojego skamieniałego serca zostało jeszcze trochę człowieczeństwa.
     Malfoy nie wiedział co powiedzieć, bo jego przyjaciel rozgryzł go całkowicie. Czy był aż tak przewidywalny, czy to może Blaise był tak spostrzegawczy?
- A teraz wybaczcie, ale pójdę się przewietrzyć. - burknął ciemnowłosy i podniósł się z kanapy.
- Pójdę z tobą - wtrąciła szybko Daphne.
Blaise był tak mile zaskoczony, że tylko skinął głową uśmiechając się przy tym niepewnie. Gdy dwójka ślizgonów opuściła Pokój Wspólny, Pansy postanowiła sprawdzić co u Theodore'a i Hermiony.
- Co z nią? - zapytała, wchodząc do sypialni chłopaków. Usiadła na łóżku Zabiniego i posłała Nottowi zaciekawione spojrzenie.
- Już dobrze, właśnie zasnęła. Zatamowałem krwawienie i założyłem kilka opatrunków, bo uderzenia nie uszkodziły żadnych narządów ani żeber. - wyjaśnił Theo wycierając twarz ręcznikiem. - Wypadałoby żeby wróciła do siebie ale przemęczanie jej po utracie takiej ilości krwi raczej nie jest dobrym pomysłem. Wątpię też, żeby Draco ustąpił jej swojego łóżka na całą noc.
- Może spać u mnie i Daphne. Odkąd Astoria jest z Crabbem, całe noce spędza z nim. Praktycznie już tam mieszka. - mówiąc te słowa Parkinson wzdrygnęła się z wyraźnym obrzydzeniem wymalowanym na twarzy.
- Skąd wiesz, że nie wróci? Zrobiłaby aferę na cały zamek i spaliłaby to łóżko razem z pokojem gdyby dowiedziała się, że Hermiona w nim spała. - Zauważył trafnie Theo.
- Racja... W takim razie nie wiem co z nią zrobić. - mruknęła smutno Pans. Mimo dawnej niechęci do Granger, zdążyła ją już trochę polubić i wydawało jej się, że reszta jej paczki ma podobne odczucia.
- Niech śpi tutaj. - wtrącił Draco, opierający się niedbale o framugę drzwi. - Nie mam zamiaru spać dzisiaj z Zabinim w jednym pokoju. Przenocuję na kanapie w Salonie.
- A co zrobimy rano? Nie powinna iść na lekcje w takim stanie, nie możemy jej też stąd wyprowadzić przy reszcie ślizgonów bo od razu zaczęłyby się plotki. No i jak ona wytłumaczy, czemu nie było jej na zajęciach?
- Theodore, czy ty musisz histeryzować jak jakaś stara baba? - Draco westchnął ciężko. - Jak wszyscy będą już poza Pokojem Wspólnym to po prostu pójdzie do siebie. Mogę się też założyć o to, że jak tylko wróci do swojego pokoju to od razu poleci na lekcje, więc jak widzisz nie ma się o co martwić. A teraz pozwólcie, że wezmę prysznic i wyjdę zanim Diabeł tu wróci. - mówiąc to wziął w rękę ręcznik, bokserki, dresy i koszulkę na ramiączka, po czym skierował się do łazienki.
     Pansy wymieniła z Theodorem zrezygnowane spojrzenia i życząc mu dobrej nocy poszła do swojego pokoju. Chwilę później, zmęczony odgrywaniem roli magomedyka Nott zasnął, nawet nie zawracając sobie głowy tym żeby przebrać się w piżamę.






     Gdy Hermiona otworzyła oczy, niezbyt wiedziała gdzie właściwie się znajduje. Rozejrzała się wokoło, ale była pewna, że nigdy wcześniej nie była w tym pomieszczeniu. Zrozumienie przyszło dopiero gdy leżący w łóżku po jej lewej stronie chłopak usiadł i przetarł ręką zaspane oczy.
- Cześć Zabini - przywitała się.
Blaise raz jeszcze przetarł twarz, ziewnął i dopiero wtedy odwrócił się w kierunku szatynki.
- Hej Granger. Jak się czujesz?
- Chyba już dobrze, dzięki.
Gryfonkę bardzo zdziwiło zainteresowanie chłopaka.
Ślizgon uśmiechnął się do niej i zerknął na zegarek, mrucząc coś o idiotach, którzy znowu nie raczyli go obudzić. Szybko wstał z łóżka i podszedł do szafy.
- Nie to, że cię stąd wyganiam Granger - powiedział, nie odwracając wzroku od półek z ubraniami, na których zawzięcie czegoś szukał. - Ale jeśli chcesz wrócić do siebie, nie robiąc z tego sensacji to radziłbym ci się zbierać.
- Ah, no tak, racja...
Granger szybko zeskoczyła z posłania i natychmiast złapała się za lewy bok. Musiała podeprzeć się filaru łóżka żeby nie upaść, bo nagle zakręciło jej się w głowie.
- Wszystko dobrze? - zapytał Diabeł, posyłając dziewczynie zaniepokojone spojrzenie.
- Tak. - zapewniła od razu Hermiona starając się wyglądać jak najbardziej wiarygodnie. - A teraz wybacz, ale naprawdę lepiej będzie jak sobie pójdę.
Gdy skierowała się do drzwi, Blaise przypomniał sobie o czymś.
- Zaczekaj! - zawołał gdy dziewczyna była już na korytarzu.
- Tak? - spytała, ponownie zaglądając do sypialni ślizgonów. Zdziwiła się, gdy Blaise podał jej różdżkę. Tyle się wczoraj wydarzyło, że sytuacja w gabinecie Snape'a wydawała jej się bardzo odległa. - Dzięki. - dodała uśmiechając się niepewnie.
    Zanim zeszła ze schodów, rzuciła na siebie zaklęcie kameleona.
Gdy weszła do Pokoju Wspólnego, prawie wpadła na Tracey Davis która akurat przechodziła obok schodów razem ze swoją przyjaciółką, Millicentą Bulstrode.
- Co się stało Tracey? - spytała zaniepokojona Millicenta, gdy jej przyjaciółka zaczęła wywijać rękami jakieś dziwne kształty.
- Mogę się założyć, że na coś wpadłam. - odparła blondynka nadal szukając czegoś w powietrzu.
Przerażona Hermiona ledwo uchylała się przed długimi paznokciami dziewczyny, ale nie mogła przecież zostać zdemaskowana w pokoju pełnym ślizgonów. Najgorsze było to, że Malfoy siedzący na kanapie, cały czas patrzył prosto na nią. Czyżby w jakiś sposób było ją widać? A może domyślił się, że to ona?
     Gdy zdezorientowana Millicenta odciągnęła Tracey tłumacząc jej, że niczego tam nie ma, Hermiona szybko czmychnęła na drugi koniec pokoju. Draco śledził ją wzrokiem, aż do momentu gdy wyszła na korytarz. Bardzo przestraszył ją fakt, że gdzieś już widziała takie oczy jak jego. Nie mogła sobie tylko przypomnieć, gdzie.






- Nie martw się Harry, na pewno zaraz się znajdzie. - powiedziała Ginny Weasley, kładąc dłoń na ramieniu Pottera.
Brunet nie chciał zranić dziewczyny, więc nie strącił jej ręki.
Wstał i zaczął niespokojnie chodzić po pomieszczeniu. Jego nerwy były już na granicy wytrzymałości. Nie dość, że od wczoraj nie widział Hermiony i zaczął poważnie zastanawiać się nad tym, w co tym razem ten dupek Malfoy ją wpakował, to na dodatek ta ruda przylepa się go uczepiła. W sumie to nawet lubił Ginny, bo biorąc pod uwagę, że przyjaźnił się z jej bratem, to nie miał dużego wyboru, ale ostatnio miał jej dość. Odkąd Ron wylądował w Mungu, latała za nim i za Hermioną, starając się zostać ich nową przyjaciółką. Do tego dochodziła jeszcze jej obsesja na punkcie Wybrańca... Tak, Harry zdecydowanie miał jej już serdecznie dość i gdyby nie to, że czekał na powrót przyjaciółki to z pewnością już dawno zmyłby się z Pokoju Wspólnego.
     Wcześnie rano, moment przed rozpoczęciem śniadania, Harry'ego zatrzymała nauczycielka Transmutacji. Przekazała mu, że posiada jakieś nowe informacje odnośnie Rona, ale nic więcej nie chciała wyjawić. Kazała mu się stawić razem z Hermioną w jej gabinecie, w czasie przerwy obiadowej. Problem polegał na tym, że Prefekt Gryffindoru zaginęła nagle jak igła w stogu siana. Potter już drugą godzinę siedział w Salonie Wspólnym i czekał na przyjaciółkę, choć doskonale wiedział, że nie pochwaliłaby umyślnego opuszczania lekcji. Nie miał odwagi iść jej szukać, bo bał się z nią minąć. Tak bardzo chciał tak nagadać temu gadowi Malfoyowi, żeby ten chytry uśmieszek zszedł z jego parszywej mordy raz na zawsze, że ledwo powstrzymał się przed wybiegnięciem na korytarz.
     Znudzony gadaniną Ginny Weasley (czy ta dziewczyna nie musiała oddychać?!) powiedział, że jest zmęczony i szybko poszedł się położyć. Nawet nie musiał jej okłamywać, bo zmęczenie przygniatało go do ziemi już od jakiegoś czasu. Nie dość, że przez tą całą aferę z odrodzeniem Voldemorta i bzdury które Prorok Codzienny wypisywał o rzekomej chorobie psychicznej którą Albus Dumbledore niefortunnie zaraził Harry'ego Pottera, chłopak bardzo źle spał. Często miewał koszmary, po których budził się zlany zimnym potem i resztę nocy spędzał siedząc na parapecie. Spał może po trzy, w porywach cztery godziny na dobę - a to było stanowczo za mało jak dla Wybrańca, którym chcąc nie chcąc był. Oczywiście nie mówił nic Hermionie, bo zaraz nafaszerowałaby go eliksirami lub wysłała na rozmowę do dyrektora. Tylko Ron wiedział o sytuacji Harry'ego i nawet często bywało tak, że gdy brunet budził przyjaciela krzykiem, Weasley przesiadywał z nim do rana, przypłacając to ciemnymi worami pod oczami i powłóczystym krokiem. Chłopak nigdy jednak nie skarżył się na żadną z tych rzeczy, tym bardziej Harry był zaskoczony gdy dowiedział się o jego intrygach. W jego głowie kłębiło się tyle pytań, że chłopak dziwił się, że nie zaczęły mu jeszcze wypływać uszami. Postanowił jak najszybciej zainwestować w Myślodsiewnię.
     Zagłębiony w myślach, nawet nie zauważył gdy Morfeusz zabrał go do swojego królestwa snu.






     Draco od rana kłócił się z myślami.
Owszem, wiedział, że ten rok będzie inny, ale miał być lepszy a nie gorszy. Tymczasem była już połowa grudnia a on zdążył uratować szlamę Granger już trzy razy! Do tego, jeden raz zrobił to w towarzystwie Pottera! Kiedy on upadł tak nisko?
     Miał gdzieś to co podpowiadało mu sumienie - że niby robi dobrze. Nie chciał być dobry! Chciał być nieczułym skurwysynem, radującym się cudzym nieszczęściem! Postanowił sobie, że znów stanie się taki jaki był kiedyś. Wiedział jednak, że nie od razu Hogwart zbudowano, dlatego postanowił działać powoli. Jego matka powtarzała zawsze "Zrób pierwszy krok, nie musisz widzieć całych schodów. Po prostu zrób pierwszy krok.". Draco postanowił, że pierwszą złą rzeczą jaką zrobi, będzie wystawienie Granger na dzisiejszym szlabanie. O Snape'a się nie bał, z nim zawsze jakoś się dogadywał.
     Tak więc, ciesząc się wolnym dniem opuścił salę Zaklęć, które były już ostatnią lekcją tego dnia.








     Jako, że Harry zasnął, a Hermiona nie wiedziała o tym, że podczas obiadu mieli się stawić u profesor McGonagall, teraz lecieli do jej gabinetu na złamanie karku. Wybraniec bardzo martwił się o stan zdrowia przyjaciółki, która zatrzymywała się co chwilę i łapała za brzuch.
- Hermiono, co się z tobą dzieje? - zapytał gdy dziewczyna zatrzymała się po raz enty.
- Nic, wszystko dobrze. - odparła natychmiast, ruszając przed siebie.
Starała się iść przed Harrym, tak, aby nie widział ledwo ukrywanego grymasu na jej twarzy.
- Przecież widzę... - mruknął cicho pod nosem. Nie chciał drążyć tematu, bo wiedział, że i tak niczego się nie dowie.
Hermiona jako pierwsza dotarła do gabinetu wicedyrektorki. Zapukała cicho, a gdy usłyszała "proszę" szybko weszła do środka.
- Panno Granger, Panie Potter, to niedopuszczalne kazać tyle na siebie czekać.-Upomniała ich natychmiast profesor McGonagall i wskazała ręką dwa wolne krzesła. W gabinecie byli już bliźniacy i Ginny, więc gryfonka domyśliła się, że chodziło o Rona. Niestety nie miała wcześniej okazji, by wypytać Pottera o okoliczności tego spotkania. -Wczoraj wieczorem dotarła do mnie wiadomość od magomedyków zajmujących się panem Weasleyem. Dowiedziałam się bardzo ważnej rzeczy.
- Mianowicie? - wtrąciła zniecierpliwiona Hermiona.
- Mianowicie, z wyników jego badań dowiedzieliśmy się, że...

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział Piąty - Nie każdy ślizgon to szowinistyczna świnia




     Od zdarzenia w lochach, minęło kilka dni. Draco wciąż chodził naburmuszony i nie odzywał się prawie do nikogo. Nawet nie wiedział co go tak rozzłościło, ale wiedział, że z Malfoyowską dumą nie ma się co spierać, dlatego pozostawał obrażony. Nie wiedział też, czego oczekuje od ślizgonów. Może... przeprosin? Nie, nie, nie, przecież ślizgoni NIGDY nie przepraszają.
     Pomimo, że ostatnio nastawienie Dracona odrobinę się zmieniło, chłopak nie stał się inną osobą. Nie wierzył w to, że świat i ludzie są dobrzy. Nie widział też powodu, żeby traktować ich jakoś super dobrze, wystarczyło, że ubliżał im odrobinę mniej.
     Jeśli już wspominamy o dobrze i źle na świecie.....
Pewien czarnoksiężnik wspomniał kiedyś, że nie ma dobra i zła. Według głoszonych przez niego idei, istnieją tylko władza i potęga. Czy Draco zgadza się z nim? Cóż, młody Malfoy nie należy do osób odważnych lub po prostu skrajnie głupich (jak gryfoni), a już na pewno nie jest typem bohatera.
     Draco wolał nie mieszać się w sprawy w których nie był absolutnie potrzebny. Żył zasadą "nigdy nie rób czegoś, co ktoś inny może zrobić za ciebie".
Zapytacie zapewne, do czego zmierzam? Otóż zmierzam do tego, że Draco wolał być po stronie po której było mu wygodniej. Przed odrodzeniem Czarnego Pana, spokojnie żył z dnia na dzień i nie martwił się niczym. Teraz jednak, gdy Voldemort z każdym krokiem rzuca ciemny cień na jego przyszłość, Draco zaczął się bać. Co gdy okaże się, że po stronie Dumbledore'a nie jest bezpieczny? Gdyby wyrzekł się ciemnej strony i dołączył do tych dobrych, jego życie z pewnością byłoby zagrożone, a tego nie chciał. Czy gdyby dla obrony własnego tyłka musiał dołączyć do Voldemorta, zrobiłby to?
     Zapewne jego rozterki trwałyby dłużej, gdyby nie to, że przez swoje zamyślenie uderzył głową w coś niemiłosiernie twardego.
     Gdy niezdarnie podniósł się z posadzki, zobaczył, że tym w co uderzył była... ściana?
Malfoy uderzył się dłonią w czoło, ale natychmiast tego pożałował bo ból rozlał się po całej jego czaszce. Kopnął więc swojego "przeciwnika" z całej siły i trzymając się za bolącą głowę, skierował się do najbliższej męskiej łazienki. Przypomniał sobie, że zanim tak niefortunnie się zamyślił, zmierzał do Wielkiej Sali na kolację.
     No ale przecież nie mógł się tam pojawić z guzem wielkości arbuza.
     Otworzył drzwi łazienki i sprawdził czy w żadnej z kabin nikogo nie ma. Gdy pomieszczenie okazało się puste, podszedł do umywalki i spryskał twarz zimną wodą. Rzucił nawet kilka zaklęć przeciwko opuchliźnie, ale niewiele mu to pomogło. Postanowił więc zepsuć swoją nienaganną fryzurę i nonszalancko przeczesał włosy palcami, zgarniając je na czoło. Udało mu się w ten sposób ukryć intruza i, musiał sam to sobie przyznać, wyglądał całkiem seksownie w tej łobuzerskiej fryzurze. Prawie zrozumiał, dlaczego Potter nigdy się nie czesze... prawie, bo przecież Potter jest brzydki.
     Mógłby tak stać i wpatrywać się w swoje przystojne odbicie cały dzień, ale strasznie burczało mu w brzuchu. Właściwie, było to na porządku dziennym, bo Draco zawsze był głodny, ale blondyn postanowił iść na kończącą się właśnie kolację.
     Pchnął wrota Wielkiej Sali i uśmiechając się zawadiacko pod nosem, ruszył do swojego stołu. Z zadowoleniem zauważył kilka dziewczyn krztuszących się jedzeniem na jego widok. Ku jego zdziwieniu, zaliczał się do nich nawet... Diabeł? Tak, tyle, że on zadławił się ze śmiechu.
- Chyba paniczowi piórka rozwiało. - Wybuchnął śmiechem gdy tylko Draco usiadł naprzeciwko niego. Malfoy posłał mu mrożące krew w żyłach spojrzenie i nałożył sobie na talerz sporą porcję tostów.
- Chyba sam sobie rozwiałem, debilu.
Theo postanowił nie włączać się do dyskusji i oszczędzić sobie gniewu przyjaciela.
     Draconowi zaczęło się nudzić, więc postanowił się porozglądać. Zaciekawiła go bardzo nieobecność sporej grupki gryfonów. Nie było Głupottera, Szl... Granger, Longbottoma, Thomasa, Finnigana, bliźniaków Weasley i ich małej, rudej siostry... nie było też chyba tej wariatki Lovegood i Cho Chang z Ravenclawu. Na pewno nie było jeszcze kogoś, ale Malfoy nie miał pojęcia kogo.


     Dolores Umbridge siedząca przy stole nauczycielskim też zauważyła brak kilkorga uczniów. Zdenerwowało ją to bardzo, ponieważ kilka dni temu na mocy Wielkiego Inkwizytora Hogwartu wydała dekret zakazujący spotkań większej liczby osób bez jej wiedzy.






     Tymczasem Harry, Hermiona i reszta wymienionych przez Dracona osób nieświadoma mijającego czasu, spokojnie ćwiczyła zaklęcia w Pokoju Życzeń, czyli kwaterze głównej Gwardii Dumbledore'a. Z Wielkiej Sali wychodzili właśnie ostatni uczniowie, a na dworze było już całkiem ciemno, gdy Hermiona Granger przypadkiem spojrzała na zegarek. Zdziwiona, zupełnie przestała zwracać uwagę na wszystko dookoła, próbując skalkulować w głowie minione godziny. Walczyła akurat z Nevillem Longbottomem, więc chłopak z łatwością ją rozbroił.
- Harry! - pisnęła, wyrywając się z amoku.
Jej przerażony ton zwrócił na siebie uwagę nie tylko Pottera, ale też wszystkich naokoło.
Brunet szybko podbiegł do przyjaciółki.
- Co się stało?  - zapytał z przestrachem.
Hermiona spojrzała na niego wymownie.
- Jak to "co się stało"? Zagapiliśmy się! Jest już po ósmej!
     Potter natychmiast zaczął kierować innych do wyjścia. Na każdego rzucał zaklęcie Kameleona i wypuszczał nie więcej niż trzy osoby jednocześnie.
     Harry zaczął się bać. Cały ich plan mógł spalić na panewce tylko dlatego, że raz się zagapili!
Co innego gdyby na kolację nie przyszło kilku przypadkowych uczniów... ale im nie mogło to ujść na sucho. Umbridge na pewno zauważyła nieobecność tylu gryfonów, z Harrym Potterem na czele.
      Miał ochotę przywalić głową w ścianę! Jak mógł być aż tak głupi?!
 Nie pora teraz na rozmyślania Harry, upomniała go jego własna podświadomość. Brunet przyznał jej rację i złapał Hermionę za rękę, wyciągając ją z Pokoju Życzeń. Nadal ciągnąc ją za nadgarstek, skierował się w stronę wieży Gryffindoru.
- Harry.. - mruknęła dziewczyna, próbując wyrwać rękę z uścisku przyjaciela. - Harry! - krzyknęła, gdy zupełnie ją zignorował.
Chłopak westchnął pod nosem, zatrzymał się i powoli odwrócił w stronę zirytowanej gryfonki.
- No co? Chcesz, żeby nas ktoś zobaczył? Pośpieszmy się, pogadamy sobie w salonie.
Hermiona zazgrzytała zębami i posłała Wybrańcowi mordercze spojrzenie, którego nie powstydziłby się nawet sam Malfoy.
- Harry, nie wiem czy wiesz, ale od piętnastu minut trwa szlaban na którym do jasnej cholery już dawno powinnam być! - Zbulwersowała się i wyrywając nadgarstek z dłoni bruneta, ruszyła w stronę lochów. Myślała, że może Potter pobiegnie za nią i ją przeprosi, ale nic takiego się nie stało. Niby Harry zawsze był odrobinę upośledzony uczuciowo i nie znał pojęcia takiego jak "takt", albo "wyczucie", ale Hermionie zrobiło się przykro.
     Do tego dochodziło to, że prawdopodobnie zaraz padnie trupem od zaklęcia wściekłego Mistrza Eliksirów... tak, to zdecydowanie było większe zmartwienie.
     Dziewczyna szybko zbiegła po schodach i wbiegła do ciemnych lochów... gdzie całkowicie sparaliżował ją strach. Przypomniało jej się wszystko związane z Ronem, jej byłym przyjacielem..
     Nie mogła powstrzymać łez napływających jej do oczu, ale za wszelką cenę nie pozwalała im wypłynąć. Ciemność przytłaczała ją ze wszystkich stron, tak samo jak wspomnienie duszą.... NIE GRANGER STOP!! Nie myśl o tym, nie myśl, będzie dobrze, przecież dziesięć metrów od ciebie jest pochodnia.. niby to mało światła, ale zawsze coś..
     Gdy już prawie się uspokoiła, coś jak zwykle musiało jej wszystko zepsuć.
Z jej ust wyrwał się mrożący krew w żyłach krzyk, gdy poczuła czyjąś rękę na swoich plecach. Momentalnie odskoczyła od napastnika i wystawiła pięści jak do pojedynku. Usłyszała ciche szmeranie, a po chwili korytarz rozświetliło małe światełko. Zakryła twarz jedną dłonią, a drugą puściła luźno wzdłuż tułowia.
- Granger? - zapytał zdziwiony właściciel różdżki. Hermiona miała ochotę solidnie uderzyć się w głowę za to, że zapomniała o swojej, spoczywającej w tylnej kieszeni spodni.
Musiała chwilę zastanowić się, czy zna głos chłopaka stojącego przed nią.
- Zabini? - Postanowiła zgadywać. - Możesz opuścić tą różdżkę? Razi mnie.
Ślizgon zmieszał się i natychmiast opuścił rękę.
- Tak, przepraszam. Co ty tu właściwie robisz Granger? Nie masz przypadkiem szlabanu razem z Draco?
Hermiona zawiesiła się na moment, skupiając się na słowie "przepraszam".
- Właśnie szłam na ten szlaban, tylko, że.. - Urwała, zastanawiając się czy powiedzieć Zabiniemu co się stało. Już miała mówić dalej gdy chłopak ją wyprzedził.
- Boisz się ciemności, prawda?
Cóż, skoro sam się domyślił to pozostało jej tylko niepewnie skinąć głową.
- Możesz już zacząć się ze mnie śmiać.. - mruknęła i spuściła wzrok.
Zabini wyraźnie się spiął.
- Nie chcę się z ciebie śmiać. Przecież każdy się czegoś boi. - oznajmił stanowczo i spojrzał jej wyzywająco w oczy.
     Gryfonka zmarszczyła brwi i spojrzała na niego podejrzliwie. Nawet pod jej bacznym wzrokiem, dalej stał przed nią wyprostowany i pewny siebie. Najwyraźniej nie kłamał..
- W takim razie czego ty się boisz Zabini?
- Pozwól, że odpowiem ci po drodze do gabinetu Snape'a, bo zdaje się, że jesteś już mocno spóźniona. - zaśmiał się.
- Cholera, oczywiście, że jestem! - Hermiona zasłoniła usta dłonią, w geście przerażenia.- Przecież on mnie zabije!
     Zabini ponownie się zaśmiał, a dziewczyna posłała mu zabójcze spojrzenie, jednak po raz kolejny zupełnie zignorował jej rozgoryczenie i uśmiechając się zawadiacko, pociągnął ją za nadgarstek. Gdy ruszyła i zrównała swój krok z jego, puścił jej rękę i podniósł swoją tak jakby szykował się do pojedynku, oświetlając drogę przed nimi jasnym światłem wydobywającym się z jego różdżki.
- Nie pobrudziłeś się szlamem? - spytała na pozór obojętnie, widząc jak chłopak wkłada rękę do kieszeni spodni.
     Parsknął cichym śmiechem, posyłając jej kolejne rozbawione spojrzenie.
- Nie wierzę w te brednie. - Zapewnił ją. - Poza tym, patrząc z logicznego punktu widzenia to gdybyś faktycznie miała szlamowatą krew, nie uważasz, że mimo wszystko płynęłaby ona pod skórą, a nie na jej powierzchni?
     Hermiona zdawała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie ma właśnie dość dziwną minę, ale zdziwienie nie pozwalało jej zamknąć ust.
- Nigdy się nie spodziewałam, że coś takiego od ciebie usłyszę Zabini. - odparła zgodnie z prawdą.
Ciepły uśmiech powoli zszedł z ust Blaise'a.
- Co ty tak naprawdę o mnie wiesz? Tak oprócz stereotypów? - Spojrzał jej w oczy spojrzeniem tak zimnym, że ciarki przeszły jej po plecach. - Zupełnie mnie nie znasz, więc może nie kieruj się teorią, że każdy ślizgon to szowinistyczna świnia. Ja nie patrzę na ciebie przez pryzmat twojego pochodzenia, więc jeśli możesz to postaraj się robić to samo.
     Teraz to ona poczuła się jak przysłowiowa świnia.
- Przepraszam Blaise, nie chciałam cię urazić... ja tylko..
- Nie przepraszaj mnie Granger. - Chłopak dał specjalny nacisk na jej nazwisko - Już nie raz udowodniłaś, że masz własny, prawidłowo funkcjonujący mózg, więc może używaj go zamiast słuchać tego co mówią inni.
- Tak zrobię. - Kąciki jej ust uniosły się delikatnie, na co chłopak odpowiedział szczerym, ciepłym uśmiechem.
- Mam nadzieję.
- To, może.. w końcu powiesz mi czego się boisz? - sprytnie zmieniła temat.
Chłopak posłał jej rozbawione spojrzenie.
- Może jednak innym razem. Snape i Malfoy już na ciebie czekają. - Spojrzał wymownie w stronę drzwi, pod którymi nie wiadomo kiedy się znaleźli. Najwyraźniej dostrzegł przerażenie na twarzy gryfonki, bo postanowił jej pomóc. - Nie przejmuj się Nietoperzem, załatwię to. - Zapewnił ją i nie czekając na odpowiedź, pociągnął za klamkę, przepuszczając gryfonkę w drzwiach.
     Hermiona nieco spanikowała gdy poczuła jego różdżkę pomiędzy swoimi łopatkami, ale nie zareagowała, widząc rozjuszony wzrok Snape'a.
- Panie Profesorze - Zabini odezwał się głosem tak zimnym i wypranym z emocji, że gryfonka miała ochotę się popłakać. Jak mogła mu wierzyć? Przecież to nadal wredny ślizgon! Wykorzystał jej strach, żeby mieć przody u Nietoperza! - Znalazłem Granger jak włóczyła się po korytarzach. Zgubiła się w ciemnościach, nie miała przy sobie różdżki.
    Szatynka chciała zaprotestować, ale poczuła jak Zabini delikatnie wyciąga różdżkę z tylnej kieszeni jej spodni, jednocześnie mocniej wbijając swoją w jej plecy.
Wściekły nauczyciel głośno wypuścił powietrze z ust i zrezygnowany opadł na obity czarną skórą fotel.
- Masz szczęście Granger, że nie mam ochoty spędzać z tobą i Malfoyem więcej czasu niż muszę, a perspektywa jeszcze ponad miesiąca wspólnych wieczorów zupełnie mi się nie uśmiecha. Zbyt mocno boję się o swoje zdrowie, żeby przedłużać ci szlaban. - westchnął. - Co nie znaczy, że toleruję takie spóźnienia! Jasne?
     Hermiona gorliwie pokiwała głową i odsunęła się od stojącego za nią Blaise'a.
- Nie jest pan nam już potrzebny, Zabini. - upomniał chłopaka nauczyciel.
- Naturalnie Profesorze, już idę. - Brunet delikatnie skinął głową w stronę Nietoperza, a gdy ten odwrócił wzrok, zawadiacko uśmiechnął się do Hermiony i puścił jej perskie oczko. Zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, już go nie było.
     No tak, Granger ty głuptasie! Przecież mówił, że załatwi sprawę ze Snape'm! Wcale cię nie oszukiwał, on chciał ci tylko pomóc! - upomniała się w myślach gryfonka i zajęła miejsce na krześle stojącym obok krzesła Malfoya.
     Snape natomiast chodził w kółko po swoim gabinecie i zupełnie ignorował dwójkę uczniów siedzących przy jego biurku.
- Najchętniej pozbyłbym się was, bo nie mam ochoty się z wami użerać. Nie będę was nadzorował i naiwnie wierzę, że nie pozabijacie się przez następne trzy godziny. Nie zabiorę ci różdżki Malfoy, bo będzie wam potrzebna. Szkoda, że Granger nie wzięła swojej, ale no cóż.. Pójdziecie razem do Zakazanego Lasu i przyniesiecie mi taki duży, niebieski kwiat ze srebrną poświatą.
- Kwiat Księżycowy*? - wtrąciła niepewnie Hermiona.
- Tak. Potrzebuję go, bo na prośbę dyrektora nadal ważę dla Remusa Lupina eliksir, na jego... dość nietypową dolegliwość. O dwudziestej czwartej chcę was widzieć z powrotem i bez większych obrażeń.
     Zrozumieli, że jest to swego rodzaju wyproszenie więc wstali i skierowali się do wyjścia. Draco nie przepuścił Hermiony w przejściu, tak jak to zrobił Blaise kilka minut wcześniej. Wepchnął się przed nią i brakowało tylko tego, żeby zatrzasnął przed nią drzwi. Jeszcze dobrze nie wyszli z gabinetu nauczyciela, a w dziewczynie już się wszystko kotłowało. Czuła, że jeśli tej nocy nie zabije go jakiś Centaur albo inne stworzenie, to ona bardzo chętnie to zrobi.
- Pośpiesz się Granger, nie mam zamiaru spędzać z tobą całej nocy. - mruknął niechętnie i zaraz potem parsknął cichym śmiechem - Merlinie, jak to głupio brzmi..
- Tak jak wszystko co wychodzi z twoich ust. - dogryzła mu natychmiast.
- Ha ha, nieśmieszne. - burknął patrząc na nią spod przymrużonych powiek. - Rusz ten swój mugolski tyłek i leć po jakiś płaszcz czy coś, bo na dworze jest zimno i chyba pada śnieg. - dodał na pozór obojętnie.
- Czyżbyś się mną przejmował, Malfoy?
- Po prostu nie chcę mieć cię na sumieniu... - warknął, a szatynka była pewna, że zaraz doda do swojej wypowiedzi słowo "szlamo", ale o dziwo nic takiego się nie stało. Zrobił dość dziwną minę, ale szybko przywrócił swoją maskę obojętności. - Za dziesięć minut, Sala Wyjściowa.
     Odwrócił się na pięcie i zostawił Hermionę całkiem samą w ciemnym korytarzu. Dziewczyna była jednak zbyt zdenerwowana, żeby w ogóle pomyśleć o strachu. Jak burza wpadła do swojego dormitorium, o dziwo nie budząc przy tym ani Parvati ani Lavander, które spały po mocno zakrapianej alkoholem imprezce. Szybko założyła sportową, ale bardzo ciepłą kurtkę, naciągnęła czapkę na głowę i zawiązała buty na dwa pęczki, żeby przypadkiem nie się nie rozwiązały. Podbiegła do szafki nocnej i dopiero po chwili przypomniała sobie, że Zabini zabrał jej różdżkę, potwierdzając tym samym wiarygodność swojej opowieści. Pewnie myślał, że nie będzie jej potrzebna, w końcu Snape zawsze na szlabanach zabiera uczniom różdżki.
     Westchnęła i nie zwlekając dłużej, szybko zbiegła po schodach do Pokoju Wspólnego. Zastanowiła się chwilę czy nie pożyczyć różdżki od Harry'ego, ale zrezygnowała, bo nie chciała, ani nie miała czasu tłumaczyć mu, dlaczego w środku nocy wybiera się z Malfoyem do Zakazanego Lasu. Skierowała się więc do Sali Wyjściowej, gdzie blondyn już na nią czekał.
     Gdy w ciszy szli przez błonia, zaczęła się zastanawiać, czy bardziej boi się iść do lasu pełnego potworów, czy boi się iść tam z Malfoyem, który raczej nie jest do końca zdrowy na umyśle.
     Zanim przekroczyli granicę lasu, chłopak zatrzymał się na chwilę i wyraźnie się zamyślił. Hermiona już miała się odezwać, ale nie zdążyła bo blondyn wyciągnął różdżkę i szybko wszedł pomiędzy drzewa. Szatynka zmarszczyła brwi ale prędko ruszyła za nim.
      Chodzili tak kilkadziesiąt minut i gdy oboje mieli ochotę już się poddać i wrócić do swoich ciepłych łóżek, Malfoy zauważył coś błyszczącego.
- Granger? - zapytał cicho, nie chcąc zachęcać okolicznych potworów do zainteresowania się jego osobą.
- Hmm? - mruknęła, stając odrobinę za nim.
- Zobacz, tam się coś świeci. - powiedział, jednocześnie wyciągając rękę i wskazując coś przed sobą.
Hermiona spojrzała we wskazane przez niego miejsce, ale nic nie zobaczyła.
- Przecież tu nic nie ma. - sarknęła znudzona.
Oboje przez moment wpatrywali się w miejsce, w którym rzekomo coś błyszczało i po chwili oboje z przerażeniem stwierdzili, że tym świecącym czymś co zobaczył Malfoy były dwa ogromne, ciemno zielone ślepia.
     Przerażona gryfonka wciągnęła ze świstem powietrze, a Draco, choć równie przestraszony co ona, przyciągnął ją ramieniem i zasłonił własnym ciałem. Sam w sumie nie wiedział, dlaczego po raz kolejny postanowił bawić się w bohatera, ale coś mówiło mu, że robi dobrze. Czuł jak przerażona dziewczyna kuli się za jego plecami, więc wyciągnął przed siebie rękę w której trzymał różdżkę i oświetlił pysk potwora. Od razu jednak pożałował tego co zrobił, bo zebrało mu się na wymioty. Stworzenie wyglądało jak połączenie morsa z wilkiem, a do tego miało przerażająco rozumne, niemalże ludzkie oczy. Gdy stwór zaczął się do nich zbliżać, obnażając czerwone od krwi kły, Draco złapał Hermionę za rękę i prawie niezauważalnie przechylił głowę w jej stronę.
- Uciekaj i nie oglądaj się za siebie. - szepnął tak cicho, żeby tylko ona go usłyszała. Stali nieruchomo jeszcze przez moment, a gdy pół mors, pół wilk zgiął łapy i zaczął szykować się do skoku, Draco krzyknął "Już!" i oboje rzucili się do biegu. Hermiona biegła przed siebie i tak jak kazał Malfoy, nie oglądała się na niego. Słyszała tylko jego nierówny oddech i warkot potwora kilka metrów za sobą. Po kilku zakrętach, poczuła jak przygniata ją zmęczenie. Jej nogi grzęzły w świeżym śniegu aż do połowy łydki, a do tego miała wrażenie, że powietrze ucieka z jej płuc o wiele szybciej niż ona i Malfoy uciekają przed tym wybrykiem natury.
     Przed oczami coraz szybciej migały jej czarne mroczki. Nie słyszała już Dracona krzyczącego formułki zaklęć, ani jego nawoływań i tego, że co chwilę ją poganiał. Nawet świst powietrza gdzieś zniknął. Gdy już prawie się zatrzymała i upadła na śnieg, w tej niczym nie zmąconej ciszy usłyszała powarkiwanie, a moment później coś odrzuciło ją daleko w prawą stronę. Boleśnie odbiła się od drzewa i upadła na ziemię, a później straciła przytomność.
     Draco szybko do niej podbiegł i sprawdził puls.
Oddychała, więc ponownie skupił się na dwójce... chwila, jak to dwójce? Kiedy ten drugi stwór się tu zjawił?
      Po chwili zrozumiał, że to właśnie to drugie stworzenie zepchnęło Granger ze ścieżki.
Szybko machnął różdżką i zrzucił z drzewa kilka ogromnych sopli, które przebiły jedno zwierzę na wylot. Następnie wyczarował snop ognia, którym potraktował drugiego potwora. Morso-wilk odbiegł, skomląc jak mały piesek i ocierając się o wszystkie drzewa po kolei.
     Draco dopiero po chwili zorientował się, jaką głupotą było szastanie ogniem w środku lasu. Kilka razy rzucił Aquamenti ale niewiele mu to dało. Spojrzał więc na niezdrowo siną Granger, która nadal była nieprzytomna. Szybko zdjął swój szalik w barwach Slytherinu i obwiązał nim odkrytą szyję gryfonki. Delikatnie podniósł ją na ręce i rzucił się biegiem, mocno przyciskając do siebie ciało dziewczyny. Niepokoiło go to, że jest tak bardzo zimna.
     Dlaczego on się w ogóle nią przejmował? Miał ochotę sam siebie przeklinać, że dał się wpakować w takie coś. Mógł sobie teraz siedzieć z Blaisem i Theodorem w ich wspólnej sypialni i grzać się przy kominku, a nie przy jakimś pieprzonym ognisku w środku lasu!
Pluł sobie w brodę, że postanowił bawić się w wybawcę gryfonów. Przecież mógł uciekać i troszczyć się tylko o siebie, zamiast oglądać się na Granger!
     Dobrze zrobiłeś Draco, szepnęła jego podświadomość, a on nie chcąc kłócić się z myślami, przyspieszył i już po chwili wybiegł na szkolne błonia.






*Kwiat Księżycowy - chyba nie ma czegoś takiego, wymyśliłam to na potrzeby rozdziału.

    Witajcie kochani! Tak jak obiecałam, rozdział jest o dwunastej!
Cieszę się, że jako tako się wyrobiłam, ale wcale nie podoba mi się ta część :/ może tylko moment z Blaisem jakoś mi się udał.
     Mam wrażenie, że każde z tych zdań jest głupie, źle złożone, bez sensu. Nie umiem pisać z przymusu, nie wyszło mi więc nic oryginalnego.
      Bardzo przepraszam wszystkich, którzy spodziewali się czegoś lepszego. Nie chciałam was zawieść i najchętniej w ogóle nie dodawałabym tego okropieństwa, ale skoro obiecałam to wypadałoby coś jednak dodać.
    Clarence
PS niedługo postaram się nadrobić zaległości na waszych blogach ;)

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kochani!



Strasznie was przepraszam, ale na 80 % nie wyrobię się już dzisiaj z nowym rozdziałem.
O dwudziestej idę na trening, wrócę około wpół do dziesiątej. Pisanie rozdziału zeszłoby mi
do pierwszej lub drugiej w nocy, ponieważ staram się, aby każdy był o stronę dłuższy od
poprzedniego (a czwarty miał osiem stron, więc..). Dodam go jutro około południa, specjalnie
wstanę wcześniej niż zwykle, żeby na 100000% jutro o dwunastej ewentualnie wcześniej,
rozdział był już dodany.
Mam straszne wyrzuty sumienia, bo miałam go dodać piątego sierpnia, później mówiłam, że
będzie już dziś, a znów nawaliłam. Przepraszam was bardzo, nie chcę żebyście pomyśleli, że
o was zapomniałam, czy coś w tym stylu... Po prostu nienawidzę pisać z przymusu, bo wtedy
moja wena gdzieś ucieka.
Także, jutro o godzinie dwunastej w południe, rozdział będzie dodany.
Jeszcze raz bardzo was przepraszam.


Chciałabym ogromnie podziękować Wiktorii Węcławek, za niespodziankę w postaci nagłówka.
Jak widzisz, zmieniłam odrobinę położenie tekstu, ponieważ całość była za duża i po dodaniu nie było widać całego napisu. Strasznie ci dziękuję, nagłówek jest piękny, a jeszcze piękniejsze jest
 to, że sama z siebie postanowiłaś go dla mnie wykonać, poświęcając swój cenny czas.
 Jestem ci bardzo wdzięczna!

Dodałam również pasek z muzyką :) piszcie, czy według was piosenki pasują do bloga :D
    Clarence

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział Czwarty - Wynocha Zabini!





    Podczas gdy Hermiona była na bodajże czwartym już szlabanie u Snape'a, Harry przechadzał się po zamkowych korytarzach. Nie interesowało go zupełnie to, że przed momentem zaczęła się cisza nocna. Choć Malfoy często z niego szydził i bardzo lubił śmiać się z tego, że przepisy czy zasady to nie dla sławnego Pottera, taka właśnie była prawda. Czym były dla niego przepisy? W ciągu swoich niecałych pięciu lat nauki w Hogwarcie, Harry złamał dziesiątki szkolnych nakazów.
    Zaśmiał się pod nosem, wyobrażając sobie reakcję Syriusza na te słowa.
Tak, właśnie tego Syriusza.
Bowiem Black był pierwszym w historii zbiegłym więźniem Azkabanu, a zarazem ojcem chrzestnym Harry'ego.
   Łapa często opowiadał swojemu chrześniakowi o jego rodzicach. Jacy byli, co lubili robić, ale też uświadamiał młodego Pottera, jak wiele cech po nich odziedziczył.
   Harry widział swoich rodziców wiele razy, ale pamiętał tylko dwa spotkania, które zdarzyły się w dość... nieprzyjemnych okolicznościach. Pierwszy raz zobaczył ich w zwierciadle Ain Eingarp, na swoim pierwszym roku nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Drugi raz widział ich zaledwie pół roku temu, na cmentarzu w Little Hangleton, gdy bliźniacze różdżki Wybrańca i Voldemorta złączyły się w pojedynku.
   Czy Harry Potter, Złoty Chłopiec, który był sławny dłużej niż pamiętał, ten sam którego skrytka w banku Gringotta aż pękała w szwach od naporu galeonów, pragnął w życiu czegoś jeszcze? Gdybyście go o to zapytali, bez najmniejszego wahania odparłby "tak". Potter bez zastanowienia oddałby całą tę sławę i wszystkie pieniądze, gdyby jego rodzice mieli w zamian wrócić do życia.
    Harry'emu wielokrotnie zdarzało się zalać najszczerszymi łzami na samą myśl o tym wszystkim, co mógłby mieć, gdyby Tom Riddle nie zawitał w jego domu w Dolinie Godryka w pewną chłodną, październikową noc, potocznie zwaną Halloween lub Nocą Duchów. Miałby kochających rodziców - Lily i Jamesa Potterów, którzy zapraszali by do ich małego, przytulnego domku swoich najlepszych przyjaciół - Syriusza Blacka i Remusa Lupina...
    Długo by wymieniać co jeszcze by miał, ale wiedzcie, że miałby wszystko to, czego w jego piętnastoletnim życiu brak... Miałby rodzinę...
    Nie Harry! Stop! - nakazał sobie w myślach, gdy w jego oczach zawitały nieproszone łzy. Zacisnął dłonie w pięści i jedną z nich uderzył w zimną ścianę lochów, obok której akurat przechodził. Chwila...lochów? Kiedy on zaszedł aż tak daleko? Musiał się nieźle zamyślić.
    Usłyszał głosy dochodzące z gabinetu mistrza eliksirów, więc szybko schował się za jednym z filarów. Gdy Severus zniknął za zakrętem, Harry prychnął pod nosem. Jak mógł prawie dać się złapać i to w tak banalny sposób?
- Co tam Potter? Szpiegowanko? - Gdy tylko brunet usłyszał te słowa, momentalnie odwrócił się za siebie, celując różdżką w napastnika którym okazał się Malfoy. Ku zdziwieniu zielonookiego, nie usłyszał w głosie ślizgona kpiny, a jedynie...  rozbawienie? - Wiesz, że reagujesz tak samo jak Granger? Ona też macha patykiem na prawo i lewo.
   Draco roześmiał się, ale zamilkł momentalnie, gdy Harry przycisnął go do ściany, wciskając różdżkę w jego szyję.
- Coś ty jej znowu zrobił? - warknął gryfon.
   Malfoy popatrzył na swojego "przeciwnika" kpiącym wzrokiem i znudzonym ruchem ręki odsunął od siebie broń Pottera.
- Nic jej nie zrobiłem głąbie. Miałem na myśli tylko to, że zachowujecie się jak bliźniaki syjamskie. Ty skaczesz i próbujesz się bronić jak ona, a ona jąka się jak ty. - zadrwił Draco, przypominając sobie rozmowę którą odbył z Hermioną przed ich pierwszym szlabanem, kilka dni temu.
- Gdzie ona jest? - spytał Harry, już odrobinę spokojniej. To przecież tylko Malfoy, zwykła świnia.
Draco uśmiechnął się chytrze.
- Co będę miał z tego, że ci powiem, Potter?
      Harry już miał coś odwarknąć, gdy nagle jego uszu dobiegł przytłumiony krzyk. Draco najwyraźniej też to usłyszał bo uśmiech zniknął z jego twarzy, a chłopak zaczął biec w stronę korytarza przeciwległego do tego z którego przyszedł. Pottera bardzo zdziwiła jego reakcja, bo Malfoy nie był typem bohatera, ale nie miał teraz czasu ani chęci się nad tym zastanawiać. Chwilę później zrównał swój krok z blondynem. Przeszło mu przez myśl, jak dziwnie muszą wyglądać, biegnąc tak ramię w ramię przez szkolne korytarze.
Z rozmyślenia wyrwał go syk Malfoya.
- Padnij Potter!
Harry nie myśląc nad tym za wiele, rzucił się na ziemię, całym ciałem przylegając do podłogi. Usłyszał świst gdy zaklęcie przeleciało nad nim. Szybko przeturlał się pod najbliższą ścianę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Dopiero gdy był uzbrojony i względnie bezpieczny, postanowił rozejrzeć się wokoło.
    Draco kulił się kilka metrów dalej, za czymś co prawdopodobnie kiedyś było ścianą i co chwilę posyłał przed siebie wiązki światła. Gdy przestał zasłaniać twarz rękami, Harry zobaczył krwawiącą szramę biegnącą od jego prawego ucha do kącika ust.
  Gdy Harry przeniósł wzrok na napastnika, serce rozsypało mu się na tysiąc kawałków, głos uwiązł w gardle, a ciało skamieniało. Przypomniał sobie jednak, że żadnego przeciwnika nie można lekceważyć. Nie wolno tracić czujności.
- Malfoy! - syknął Harry. Oboje w tym samym czasie rzucili się na ziemię, gdyż ich przeciwnik miotał zaklęciami jak szalony.
   Draco spojrzał na Pottera, który spojrzał posłał wymowne spojrzenie w stronę Ronalda.
- Protego! - krzyknął brunet, odbijając czerwoną smugę wysłaną w jego stronę przez byłego przyjaciela i ponownie skrył się za ścianą. Pokazał jakiś skomplikowany ruch ręką, mając nadzieję, że jego chwilowy sprzymierzeniec zrozumie. Draco zmarszczył brwi, ale ku uldze Harry'ego po chwili skinął głową.
 Do tej pory starali się bardziej bronić niż atakować, ale nie dawało to zbytnich efektów. Liczyli na to, że może zmęczą trochę Weasleya, ale chłopak wydawał się być niewzruszony.
   Jak zwykli mówić mugolscy producenci reklam, "najlepszą obroną jest atak".
Gryfon i ślizgon wymienili spojrzenia. W momencie w którym Potter zaczął miotać zaklęciami jak oszalały, Malfoy rzucił się na Rona z pięściami.
   Zaskoczony rudzielec upadł na plecy, wypuszczając różdżkę a Draco usiadł na nim okrakiem i zaczął okładać go po twarzy.
   A Harry? Harry tylko stał w miejscu z którego przed chwilą atakował gryfona zaklęciami i patrzył niewidzącym wzrokiem. Myślami był daleko. Zastanawiał się nad tym wszystkim co się w ostatnim czasie stało, nad tym, dlaczego nauczyciele jeszcze tu nie przyszli skoro jest dawno po ciszy nocnej, ale również nad tym gdzie jest teraz Hermiona...
  No tak! To ona krzyczała! ...Ale w takim razie, gdzie ona się podziewa?
Jak na zawołanie, uszu Malfoya i Pottera dobiegł zduszony okrzyk.
  Draco na moment zaprzestał bicia prawie nieprzytomnego już Łasica i unieruchamiając mu ręce nad głową przeniósł wzrok na Granger, która właśnie próbowała podnieść się spod sterty gruzu.
- Malfoy! Co ty robisz?! - pisnęła, widząc Dracona nadal siedzącego na Weasleyu. Po chwili zaczęła kaszleć i opędzać się od pyłu z zawalonej ściany. Harry natychmiast rzucił się na pomoc przyjaciółce. Delikatnie złapał ją w talii i wstał, pociągając ją za sobą. Dziewczyna zachwiała się, ale Harry nadal trzymał ją w stalowym uścisku więc nie upadła. Słaniając się na nogach, uwiesiła się na ramieniu przyjaciela i dopiero wtedy przeniosła zdziwiony wzrok na ślizgona. - Malfoy czy ty jesteś gejem?
   Harry zaczął krztusić się ze śmiechu, a brwi Dracona powędrowały wysoko w górę. Blondyn walczył sam ze sobą, żeby się nie roześmiać albo uśmiechnąć. Owszem, pytanie Granger było nie na miejscu, ale to wszystko faktycznie mogło dziwnie wyglądać.
   Ślizgon szybko podniósł się z przeciwnika, a Ron najwidoczniej wyczuł w tym swoją szansę. Otworzył oczy i przestał udawać nieprzytomnego. Szybko rzucił się w prawo, próbując dosięgnąć różdżki, którą upuścił upadając, jednak Draco widząc jego poczynania machnął nogą i odrzucił patyk Łasica na kilka metrów w przód. Weasley posłał mu nienawistne spojrzenie i podciął mu nogi, w rezultacie czego blondyn ciężko upadł na podłogę. Nagle, jakby znikąd błysnęło zaklęcie i Draco poleciał kilka metrów przed siebie, uderzając całym ciałem w ścianę. Jęknął głośno i upadł na podłogę, jednocześnie przestając wykazywać jakiekolwiek znaki życia.
   Hermiona zachwiała się niebezpiecznie i dopiero wtedy dostrzegła, że Harry'ego już przy niej nie ma. Wybraniec i Łasic posyłali w swoją stronę najróżniejsze z zaklęć, a gdyby ktoś szedł właśnie korytarzem obok, mógłby przez te wszystkie światła pomyśleć że jest tu niezła dyskoteka.
Dziewczyna szybko złapała się filaru obok którego stała. Chciała przejść te kilka kroków w stronę nieprzytomnego Malfoya, ale gdy tylko puściła się swojej podpory upadła na kolana. Czuła jak boleśnie poraniła sobie ręce gdy opadła na gruz dawnej ściany, ale to nie było teraz ważne. Omijając wiązki światła które rykoszetem odbijały się naokoło niej, doczołgała się do leżącego nieruchomo blondyna i sprawdziła jego puls. Oddychał, żył, było dobrze.
   Cóż, tak przynajmniej starała sobie wmówić. Omijała wzrokiem szramę na policzku chłopaka, wielkiego guza na jego głowie i te wszystkie zadrapania. Wolała nawet nie myśleć o tym, że zapewne ma o wiele więcej obrażeń od niego. Starała się uspokoić swój oddech i równocześnie obudzić ślizgona, ale żadna z tych rzeczy jej nie wyszła. I wtedy, gdy sama traciła już przytomność, zobaczyła w tylnej kieszeni spodni Malfoya różdżkę. Wyjęła ją, uważając by nie dotknąć chłopaka i ostatkiem sił wyczarowała snop czerwonych iskier, który szybko pomknął przed siebie.
   Przed oczami widziała coraz więcej czarnych plamek, ale nie zdążyła zemdleć, bo poczuła jak odrywa się od ziemi i tak samo jak wcześniej Draco, boleśnie odbija się od ściany. Usłyszała jak ktoś krzyczy, a później pochłonęła ją ciemność.
 




     Brązowowłosa piętnastolatka przetarła dłońmi zaspane oczy i przeciągnęła się. Jęknęła gdy poczuła ból w niektórych częściach ciała i otworzyła oczy. Spodziewała się, że porazi ją jasne światło, ale nic takiego się nie stało. W pomieszczeniu w którym się znajdowała panował przyjemny półmrok. Była noc, lub późny wieczór, ale która godzina dokładnie, tego już Hermiona nie wiedziała.
    Podniosła się, uważając by nie naruszać poobijanych miejsc i dopiero gdy usiadła wygodnie rozejrzała się wokoło. Jak wielkie było jej zaskoczenie gdy zobaczyła chłopaka siedzącego na krześle obok jej łóżka, to wiedziała tylko ona. Blondyn miał obandażowaną głowę i opatrunki na całym ciele, w tym również na policzku. Ręce założył na piersi i uważnie wpatrywał się w ciemne oczy Hermiony.
- Malfoy. - szepnęła niepewnie.
- Granger. - odparł również szeptem, ale o wiele pewniej od dziewczyny.
Szatynka zmarszczyła brwi i również splotła ręce na klatce piersiowej.
- Czemu nie śpisz? - spytała podejrzliwie, na co ślizgon uśmiechnął się pod nosem.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie.
Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, no co jego złośliwy uśmiech powiększył się.
- Dopiero wstałam.
- Może ja też?
- Nie wydaje mi się. Nie wyglądasz na zaspanego.
Chłopak wstał i przybliżył swoją twarz niebezpiecznie blisko jej twarzy.
- Jestem dobrym aktorem. - syknął i tak szybko jak się do niej przysunął, tak samo szybko się odsunął. Położył się na łóżku po jej prawej stronie, przykrył się kołdrą i natychmiast zasnął. A może tylko udawał, że śpi, skoro jest takim rzekomo "dobrym aktorem"?
  Jednak nie była to jedyna sprawa która zaprzątała myśli Granger. Siedziała jak osłupiała i wpatrywała się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Wiedziała, że gdzieś już widziała to błękitno-stalowe spojrzenie, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć gdzie.




      Hermiona, Harry i Draco byli w Skrzydle Szpitalnym już trzeci dzień. Dziewczyna była bardzo zdenerwowana na Dracona, bo nadal nie doszła do tego, gdzie widziała kolor jego oczu. Harry starał się spędzać z nią jak najwięcej czasu. Zazwyczaj rysowali, czytali lub uczyli się. Kiedyś narzekałby na to, ile musieli siedzieć nad książkami, ale odkąd nadrobił wszystkie zaległości, nauka przychodziła mu niespodziewanie łatwo. Poza tym, cieszył się, że jego przyjaciółka jest ostatnio taka małomówna. Żadne z nich nie poruszało tematu Rona, odkąd McGonagall oświadczyła im, że w skutek ciężkich obrażeń fizycznych i psychicznych został przeniesiony do św. Munga.
    Wybraniec głowił się bardzo nad tym, o co wicedyrektorce chodziło gdy mówiła o obrażeniach psychicznych, ale widząc jak bardzo przybita jest ostatnio Hermiona, postanowił nie rozmawiać z nią o tym.
   W czwarty dzień w odwiedziny do Dracona przyszli jego przyjaciele.
Blaise Zabini, Daphne Greengrass, Pansy Parkinson i Theodore Nott wbiegli do szkolnego szpitala tak, jakby ktoś chwilę temu oświadczył im, że rozdają tam galeony za darmo. Pierwsza wymieniona wyżej trójka rzuciła się na młodego Malfoya, miażdżąc go w niedźwiedzim uścisku. Theo oparł się łokciami o ramę łóżka i rzucił tej wielkiej plątaninie ciał rozbawione spojrzenie. Draco wyraźnie próbował wyrwać się z uścisku przyjaciół jednak szatyn nie zamierzał mu w tym pomagać.
   Tymczasem Parkinson i Greengrass trajkotały jedna przez drugą, jak to tęskniły za blondynem i jak bardzo się o niego martwiły. Zabini, który zawsze musiał wtrącić swoje trzy sykle, zaczął naśladować głos Pansy i powtarzać w kółko "Draconku, Dracusiu". Oburzona Parkinson trzepnęła bruneta w tył głowy, a on stracił równowagę i z łoskotem spadł z łóżka ciągnąc za sobą zaskoczoną Daphne, która wylądowała na nim. Blaise jęknął, jednak gdy zobaczył leżącą na nim dziewczynę uśmiechnął się szeroko.
- No no, Daphne. Wiedziałem, że to się kiedyś tak skończy, ale nawet nie śniłem o tym, że aż tak szybko. - mruknął, jednak na tyle głośno, że usłyszeli to wszyscy zebrani. Zabini uśmiechnął się jeszcze szerzej. Pewnym ruchem wstał ciągnąc za sobą blondynkę. Gdy zobaczył czerwone policzki ślizgonki przytulił ją do siebie w kolejnym niedźwiedzim uścisku i zaczął rechotać tak jak to tylko on potrafi. Słysząc zaraźliwy śmiech Zabiniego, pozostała czwórka też zaczęła się śmiać. Narobili takiego hałasu, że pani Pomfrey, która wyrosła przed nimi jak spod ziemi kazała im się natychmiast wynosić.
   Ślizgoni nie zamierzali się jednak poddać. Gdy pielęgniarka zniknęła w swoim gabinecie mówiąc, że za trzy minuty wróci i ma ich nie być, wszyscy uśmiechnęli się złośliwie. Theo schował się za złożonym parawanem, Draco natychmiast zrzucił z siebie kołdrę i przykrył nią Pansy, która skuliła się w miejscu gdzie blondyn powinien mieć nogi. Blaise pociągnął za sobą Daphne i wskoczył z nią pod łóżko zaskoczonej Hermiony. Dziewczyna wychyliła głowę tak żeby zajrzeć do kryjówki dwójki ślizgonów. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, że właśnie zamiata swoimi długimi włosami nienajczystszą, szpitalną podłogę. Spojrzała w brązowe oczy Blaise'a i zmarszczyła brwi.
- Wynocha Zabini! - syknęła, nie zawracając sobie głowy uprzejmościami.
Chłopak złożył ręce jak do modlitwy i zrobił minę niewiniątka.
- Błagam cię Granger, nie wydaj nas to zrobię co tylko będziesz chciała.
Hermiona nie odpowiedziała od razu, udając, że zastanawia się nad propozycją. Dopiero gdy usłyszała kroki, uśmiechnęła się chytrze do coraz bardziej zaniepokojonego mulata.
- Stoi. - mruknęła i szybko podniosła się do normalnej pozycji. Moment później obok łóżek jej i Dracona pojawiła się Poppy. Nie widząc nikogo, kto nie powinien tu być, przeniosła wzrok na Hermionę.
- Panno Granger! A co pani taka czerwona? - spytała zdziwiona.
Szatynka dotknęła swojego policzka. Faktycznie, poczuła ciepło.
Ah, no tak! Gdy tak zwisała do góry nogami, krew musiała dopłynąć jej do głowy!
- To nic takiego, proszę pani. Po prostu strasznie tu duszno.
    Hermiona zgarnęła swoje długie włosy na prawe ramię i zaczęła wachlować się ręką. Poppy popatrzyła na nią jak na wariatkę, bo w pomieszczeniu panowała temperatura pokojowa, ale uchyliła jedno z wielkich okien.
- Proszę mnie zawołać, gdyby nadal było pani duszno. - mruknęła Pomfrey, jednak nie odeszła, najwyraźniej czekając na odpowiedź. Gdy Hermiona energicznie pokiwała głową, pielęgniarka przeniosła wzrok na Malfoya. - A po pana przyjdę wieczorem na zmianę opatrunków, panie Malfoy.
     Gdy tylko drzwi zamknęły się za starszą kobietą, Nott szybko odsunął od siebie parawan, Pansy rzuciła w Draco kołdrą i zaczęła gwałtownie łapać powietrze. Daphne wyszła spod łóżka Hermiony i uśmiechnęła się do niej delikatnie, na co gryfonka odpowiedziała tym samym. No a Zabini, jak to Zabini, nie przeżyłby, gdyby czegoś nie odwalił. Chciał efektownie wyskoczyć ze swojej kryjówki, ale uderzył głową w łóżko i znów wylądował na podłodze. Wszyscy, nie wykluczając Granger parsknęli cichym śmiechem, nie chcąc znów niepotrzebnie zwracać na siebie uwagi. Blaise naburmuszył się i rozwalił się na łóżku Dracona, obejmując przyjaciela ramieniem.
- To co Smoczku, kiedy wyjdziesz na wolność? - zaśmiał się Blaise, najwyraźniej zapominając o tym, że się obraził. Draco pośpiesznie zrzucił z siebie rękę przyjaciela, przypominając sobie Granger pytającą go czy jest gejem. Jego reputacja była już wystarczająco zszargana.
- Diable, to jest szpital, nie więzienie. - Malfoy obdarował przyjaciela spojrzeniem pełnym politowania, jednak nawet to nie zraziło wesołego ślizgona. - Chyba jutro, ale jeszcze nie wiem. - dodał wiedząc, że mulat nie odpuści dopóki się nie dowie.
Spojrzał na resztę swoich przyjaciół. Stali wokoło jego łóżka, patrząc na niego i Blaise'a wyczekująco. Widać było, że chcieli usiąść, ale uniemożliwiał im to Zabini, rozwalony na większości łóżka blondyna. Nawet sam Draco siedział na krawędzi, choć to było przecież jego posłanie.
   Hermiona sama się sobie dziwiąc, przykryła się szczelniej kołdrą, usiadła i patrząc w kierunku ślizgonek poklepała miejsce obok siebie. Uradowane dziewczyny szybko usiadły obok niej posyłając triumfalne spojrzenia w kierunku Theodore'a. Jedna po drugiej podały Granger ręce, przedstawiając się i uśmiechając się do niej. Gryfonka była bardzo zdziwiona ich zachowaniem, bo była nieomal pewna, że wyśmieją jej propozycję. Nie znała ich z tej strony.
    Ale czy ona w ogóle je znała?
Owszem, ale tylko z opowiadań innych. Do tej pory oceniała je przez pryzmat domu w którym były. Może tak naprawdę nie były aż takie złe za jakie je miała?
    Z rozmyślenia wyrwał ją jakiś dziwny dźwięk. Gdy odwróciła głowę, zobaczyła Theodore'a ciągnącego za sobą krzesło. Draco podobnie jak Hermiona posłali mu rozzłoszczone spojrzenia. Theo zatrzymał się zaskoczony, ale było już za późno żeby go ostrzec. Gdy zobaczył biegnącą w ich stronę pielęgniarkę, zrobił zrezygnowaną minę, powiedział bezgłośnie "przepraszam" i uderzył się w czoło z otwartej dłoni.
- Chyba miało was tu nie być! - krzyknęła wściekła kobieta. Harry, który do tej pory smacznie sobie spał w łóżku po lewej stronie od łóżka Hermiony, spadł z łoskotem na podłogę. Malfoy wybuchnął śmiechem za co zarobił kolejne wściekłe spojrzenie Poppy. Zabini, który dalej leżał na większości łóżka Dracona, posłał pielęgniarce zabójczy uśmiech.
- Wydaje mi się, że to jednak pani robi więcej hałasu niż my. - powiedział, a jego uśmiech powiększył się, mimo iż Hermiona miała wrażenie, że usta bruneta zaraz eksplodują. Chyba powoli zaczynała go lubić.
- WYNOCHA ZABINI! - wrzasnęła Pomfrey. Blaise podniósł ręce w geście poddania i ku zaskoczeniu Hermiony (bo inni widocznie byli już przyzwyczajeni) krzyknął coś w rodzaju "będę tęsknić Dracusiu!" ponownie naśladując głos Pansy, następnie cmoknął Malfoya w policzek, porwał na ręce zaskoczoną Daphne i w podskokach wybiegł ze Skrzydła Szpitalnego, uciekając przed rozbawioną Parkinson. Jednak zanim dziewczyna wybiegła, przesłała do Dracona całusa w powietrzu, pomachała do Hermiony i sprintem ruszyła za swoim wesołkowatym przyjacielem. Nott uścisnął rękę blondyna, skinął głową w stronę Granger, włożył ręce do kieszeni i posyłając pielęgniarce rozbawione spojrzenie, spokojnie wyszedł z sali szpitalnej.
    Pomfrey westchnęła pod nosem i zaciskając dłonie w pięści wróciła do swojego gabinetu.
Harry przysiadł się do Hermiony, w miejsce na którym przed chwilą siedziały dwie ślizgonki. Nadal rozmasowywał czoło, w które najwyraźniej uderzył się gdy spadł z łóżka.
- Wyjaśni mi ktoś co to miało być?
    Hermiona spojrzała na Dracona i o dziwo oboje w tym samym czasie parsknęli śmiechem.
Blaise bardzo poprawił im humor.





   Następnego dnia, tak jak przepowiedział Draco, cała trójka mogła już opuścić Skrzydło Szpitalne. Wychodząc, pożegnali się mówiąc do siebie jedynie "pa", ale i tak było to dużo, biorąc pod uwagę, że przez cztery poprzednie lata próbowali się nawzajem pozabijać
    Harry i Hermiona ruszyli w stronę wieży Gryffindoru, żeby zaplanować pierwsze zebranie "Gwardii Dumbledore'a" która miała na celu nauczyć wszystkich chętnych tego, czego Dolores Umbridge nie chciała przekazać im na lekcjach Obrony Przed Czarną Magią.
     Draco poszedł do lochów, gdzie mieścił się Salon Wspólny Slytherinu. Po drodze rozmyślał nad tym co działo się ostatnio w jego życiu. Uratował Granger, przyjaciółkę Głu... przyjaciółkę Pottera, w dodatku zrobił to aż dwa razy! Czy żałował?
     Nie. Nie da się żałować tego, że ocaliło się kogoś od śmierci. Nawet szlamy Granger...
Nie Draco! Stop! Przecież wiesz doskonale, że nie ma czegoś takiego jak szlamowata krew! Ona jest człowiekiem tak samo jak ty i reszta ślizgonów!
      Malfoy uśmiechnął się pod nosem. Jego podświadomość miała rację, nie oznaczało to jednak, że będzie traktował Granger lepiej niż do tej pory.
Już dawno traktujesz ją lepiej idioto!
Zamknij się!






       Draco tak się zamyślił, że nawet nie zauważył biegnącej prosto na niego dziewczyny. Rzuciła się na niego całym ciałem, przez co pogrążony w swoich myślach chłopak prawie się wywrócił. Odruchowo złapał ją w talii, myśląc, że jest to któraś z jego przyjaciółek. Niestety wcale tak nie było. Na jego szyi uwiesił się nikt inny jak siostra Daph, Astoria Greengrass.
   Widząc kogo ma przed sobą, szybko zdjął ręce dziewczyny ze swojej szyi.
- Draco! Merlinie, jak ja się o ciebie martwiłam! Wszystko dobrze? Ta szlama Granger coś ci zrobiła?
Brunetka pewnie gadałaby dalej, jednak widząc mrożące krew w żyłach spojrzenie blondyna, zamknęła usta.
- To nie jest żadna szlama. To taki sam człowiek jak ty i ja. - oświadczył spokojnie Draco, nadal miażdżąc ślizgonkę wzrokiem. Sam się sobie dziwił. Draco Malfoy Obrońca Szlam?
Astoria słysząc jego słowa zachłysnęła się powietrzem.
- Draco ona ci jednak coś zrobiła! Podała ci jakiś eliksir czy coś?! - Starsza z sióstr Greengrass natychmiast przyłożyła rękę do czoła blondyna.
- Zabieraj łapsko. - wycedził Malfoy przez zaciśnięte zęby. Ta dziewczyna coraz bardziej go denerwowała. Często się zastanawiał jak taka wywłoka może być w jakikolwiek sposób spokrewniona z jego uroczą przyjaciółką Daphne.
   Szybkim krokiem ruszył przed siebie nie zaszczycając towarzyszki ani jednym spojrzeniem.
- Ależ Draco, przecież ja się o ciebie martwię!
Dracon zacisnął zęby tak mocno, że zdziwił się, że jeszcze nie starł ich w pył.
- Martw się raczej o Crabe'a! - warknął, wymyślając kłamstwo na poczekaniu. - Powiedział mi ostatnio, że się w tobie zakochał.
   Przez chwilę nie słyszał nic, ale jego spokój nie trwał długo, ponieważ już po chwili Astoria podbiegła do niego, wpatrując się w niego uważnie.
- Ojejku! Naprawdę?
Malfoy posłał jej pełne politowania spojrzenie. Była aż tak zdesperowana?
- Tak.
  Gdy starsza siostra Greengrass odbiegła w tylko sobie znanym kierunku, Draco odetchnął. Udało mu się ją na jakiś czas spławić. Miał ochotę sam sobie przybić piątkę.
  Przyspieszył kroku, bo kto wie, co jeszcze mogło mu się napatoczyć i już po chwili stanął pod pokojem wspólnym Slytherinu. Mruknął cicho "Czysta Krew", a obraz z wizerunkiem Salazara Slytherina odskoczył na bok. Gdy tylko blondyn przekroczył próg, wszyscy zamilkli. Coś było nie na miejscu.
- Patrzcie, Draco już jest! - krzyknęła jakaś brunetka z trzeciego lub czwartego roku.
Zanim jednak Malfoy zdążył zapytać o co chodzi, cały Pokój Wspólny zawrzał od braw. Posłał wszystkim zdziwione spojrzenie, ale nikt nie raczył wyjaśnić mu co się dzieje. Rozejrzał się w poszukiwaniu swoich przyjaciół, ale zamiast któregokolwiek z nich, dostrzegł zbliżającego się w jego stronę Goyle'a.
- Gratulacje stary! - Krzyknął Gregory. Malfoy zapragnął zabić go wzrokiem, za nazwanie go "starym". Goyle jednak nie przejął się dziwnym wyrazem twarzy Dracona. - Nieźle załatwiłeś tę szlamę!
   Brunet chyba chciał uściskać Malfoya, ale w ostatniej chwili zrezygnował.
- To nie byłem ja! - krzyknął już nieźle zirytowany blondyn. Zaczął przedzierać się przez tłum, ale ktoś, komu najwyraźniej życie nie było miłe, wpadł na pomysł podniesienia chłopaka w górę. Po chwili inni przyłączyli się do pomysłu i wściekły Draco zaczął dryfować na fali rąk ślizgonów.
    Czuł, że zaraz ich wszystkich wymorduje!
Dlaczego nie cieszył się z tego co się działo? Nie wiedział czemu. Dawny Malfoy byłby zachwycony, gdyby ludzie tak go wielbili. Ostatnio jednak poglądy Dracona diametralnie się zmieniły. Wyciągnął więc różdżkę z tylnej kieszeni spodni i wyłączył głośną muzykę, którą nie wiadomo kto i kiedy włączył.
- POWIEDZIAŁEM, ŻE TO NIE JA ZMASAKROWAŁEM GRANGER WIĘC PUŚĆIE MNIE W TEJ CHWILI CHOLERNE NIEDOROZWOJE UMYSŁOWE! - wydarł się najgłośniej jak potrafił. Osoby które jeszcze przed chwilą go trzymały, teraz odsunęły się przestraszone. Draco spadł na podłogę, plując sobie w brodę, że lepiej nie sprecyzował polecenia. Wściekły ruszył do swojej sypialni, posyłając mściwe spojrzenie każdemu kto chociażby mrugnął nie tak jak blondynowi się podobało. Był naprawdę wkurzony i czuł, że jeszcze chwila a posypałyby się Avady.
   Niczym burza wpadł do dormitorium które dzielił z Blaisem i Theodorem. Miał nadzieję, że nikogo nie będzie w środku, więc wściekł się jeszcze bardziej, widząc całą czwórkę swoich przyjaciół.
Zab i Theo siedzieli na łóżku Notta, Daph leżała na podłodze, opierając stopy o bok łóżka Draco, na którym po turecku siedziała Pans. Gdy Malfoy zatrzasnął za sobą drzwi tak, że prawie wypadły z zawiasów, cała czwórka podskoczyła.
   Blondyn rzucił się na łóżko z taką siłą, że biedna Pansy która jeszcze przed chwilą na nim siedziała, wylądowała na leżącej na podłodze Daph. Greengrass zrzuciła z siebie przyjaciółkę, która po chwili położyła się w takiej samej pozycji co blondynka.
- Mówiłam, że lepiej wybić im ten pomysł z łbów. - mruknęła spokojnie Daphne.
Nadal wściekły Malfoy, uniósł się na łokciach i posłał dziewczynie swoje słynne już, mrożące krew w żyłach spojrzenie. Dziewczyna jednak nic sobie z tego nie zrobiła, bo chwilę wcześniej przymknęła powieki i najzwyczajniej w świecie nie widziała teraz wściekłej miny blondyna.
- To czemu do cholery tego nie zrobiliście?! - warknął Draco, patrząc na resztę swoich przyjaciół.
Theo postanowił ratować im życie.
- Może dlatego, że te głąby mają iloczyn inteligencji zamiast ilorazu? - prychnął, choć zamierzał powiedzieć to zdanie spokojnie. Zaczął uważnie obserwować minę Malfoya.
   Draco, ku zdziwieniu (i uldze) pozostałych westchnął i opadł na poduszkę.
- No wiem. - mruknął, ale poduszka przytłumiła jego głos, więc nie wiedział czy reszta go usłyszała.
Pansy podniosła się i niepewnie usiadła obok leżącego ślizgona. Położyła mu rękę na plecach i poczuła, że powoli się uspokaja.
- Nie przejmuj się nimi Draco. - powiedziała po chwili.
Chłopak natychmiast zerwał się z łóżka. On, Draco Malfoy miałby się przejmować jakimś plebsem? Z pewnością tak nie będzie.
   Nie zwracając uwagi na zdziwione, a zarazem zawiedzione spojrzenie Pansy, chwycił ręcznik, bokserki oraz dresy, które służyły mu za piżamę i zniknął za drzwiami łazienki.
- Wariat. - prychnął Blaise uśmiechając się szeroko. Po chwili podszedł do swojego łóżka tanecznym krokiem (przez który jego przyjaciele zaczęli poważnie zastanawiać się nad tym, kto tu jest wariatem) i wyciągnął spod niego dwie butelki Ognistej Whisky. - Pijeeeeemy!






***
Hej kochani! Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał!
Jest najdłuższy jak do tej pory, ma prawie pełne osiem stron.
Uprzedzam także, że wątek Rona zejdzie teraz na drugi plan. Oczywiście wrócimy jeszcze do tej sprawy :)
Jak podobają wam się wykreowani przeze mnie ślizgoni? Nie są kanoniczni, ale błagam nie wypominajcie mi znowu, że nie trzymam się kanonu, bo ja dobrze o tym wiem. To moje opowiadanie i podoba mi się tak jak piszę ;).


Nowy rozdział pojawi się dopiero za jakieś dwa tygodnie, ponieważ jutro rano wyjeżdżam na obóz.
    Clarence


PS szukam bety!