Menu

czwartek, 3 grudnia 2015

Rozdział Dziesiąty - Decyzje




     Harry i Hermiona zmęczeni wracali z uczty. Nie dość, że święta ze skłóconą rodziną Weasleyów nieźle dały im w kość, to wizja zbliżających się sprawdzianów, wypracowań i nadchodzącego meczu Quidditcha Gryffindor-Slytherin nie poprawiała im humoru. Hermiona nie widziała czy cieszy się z pogodzenia się z Ronem, czy może wręcz przeciwnie. Niby jej ulżyło, bo nikt przecież nie chce się niepotrzebnie kłócić (nikt oprócz Malfoya - pomyślała natychmiast), ale z drugiej strony, przez ostatnie kilka miesięcy nie brakowało jej Rona. Czy był, czy nie... w sumie było jej to obojętne. Nie wiedziała czy kiedykolwiek da radę ponownie mu zaufać. Owszem, wybaczyła chłopakowi, ale przecież zaufania się nie rozdaje, trzeba na nie zapracować. Swoją drogą, zauważyła, że poza drobnymi epizodami, ostatnio w jej życiu nie dzieje się nic złego. Nawet Voldemort się ostatnio uspokoił, nie dręcząc Harry'ego w snach. Bała się jednak, że jest to tylko cisza przed burzą.
     Pół nocy nie spała, próbując ogarnąć to wszystko co działo się ostatnio. Niespodziewanie nasunęło jej się pytanie, które wcześniej jej umknęło. Co mięli na celu Śmierciożercy, atakując Rona? Po co ten cały harmider?
- Nie mam pojęcia co ci powiedzieć - powiedział Harry, gdy na poniedziałkowym śniadaniu podzieliła się z nim wątpliwościami. Chłopak schował twarz w dłoniach i westchnął ciężko. Hermiona chciała, aby przyjaciel był dla niej wsparciem, on jednak zatonął we własnych myślach. Nie mogła usiedzieć w miejscu, więc szybko wstała od stołu. - Gdzie idziesz? - spytał chłopak, podnosząc na nią nierozumny wzrok.
- Muszę się przejść - odparła i zarzuciła na ramię ciężką, obładowaną książkami torbę.
- Pójdę z to...
- Sama - weszła mu w słowo i posłała przepraszające spojrzenie.
     Harry ponownie westchnął i wstał, jednocześnie opierając się obiema rękami o stół.
- Proszę cię Hermiona - spojrzał na nią błagalnie - nie izoluj się ode mnie.
Zatkało ją. Czy to faktycznie tak źle wyglądało w jego oczach?
- Oh Harry, nie izoluję się do ciebie. Po prostu chciałam pomyśleć. - wyjaśniła szybko.
- Więc może pomyślisz w mojej obecności? Obiecuję nie przeszkadzać. - powiedział, uśmiechając się cwanie.
     Już ona znała ten uśmiech. Uśmiech, który Remus Lupin mógłby śmiało porównać do tego codziennie goszczącego na twarzy Jamesa Pottera.
     Zaśmiała się i pokręciła głową, ale pozwoliła Harry'emu iść z nią. Obiecał, że nie będzie przeszkadzał i mimo, że bardzo się starał, po prostu mu to nie wychodziło. Szedł obok niej, ale trzymał się trochę z tyłu, przez co nie widziała wyrazu jego twarzy. Gdy odwracała głowę, szedł spokojnie i jedynym co go zdradzało były wesoło błyszczące, zielone oczy. Gdy jednak znów patrzyła przed siebie, słyszała stłumiony śmiech i nierówno stawiane kroki. Gdy tylko odwróciła się do przodu i usłyszała śmiech, natychmiast przeniosła wzrok z powrotem na chłopaka.
- Wiedziałam! - krzyknęła, jednocześnie celując w niego palcem - Jesteś okropny!
- Jestem słodki - poprawił ją natychmiast i nagle jakby spoważniał, choć na jego ustach nadal błąkał się niepoprawny uśmiech.
- Okropny - przystawała przy swoim.
     Zmarszczyła brwi gdy Harry zmrużył groźnie oczy, a później złapał ją za uda i przerzucił sobie przez ramię, po czym puścił się biegiem wzdłuż korytarza.
- Harry Potterze, puść mnie natychmiast! - krzyczała, ale nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Ucieszyła się, że chłopak jednak z nią poszedł, bo niewątpliwie poprawił jej humor.
     Harry biegł dalej, bardzo z siebie zadowolony. Ani mu się śniło ją odstawić. Był w tak dobrym humorze, że nawet nie warknął na Zabiniego, który prawie w niego wpadł, wyskakując zza zakrętu. Dopiero gdy oboje już uspokoili oddechy po szaleńczym biegu, dostrzegli w jak podobnych sytuacjach się znaleźli. Niespodziewanie wybuchnęli śmiechem.
- Co tam się dzieje? - zapytała głośno, zaskoczona Hermiona, która przecież nic nie widziała przez plecy przyjaciela - Blaise, to ty?
- Hermiona? - zapytała niespodziewanie kolejna osoba, która jednak niewątpliwie nie była Zabinim.
- Daphne? Co ty tu robisz? - zdziwiła się szatynka. Co tu się do cholery dzieje?
     Słysząc pytanie Granger, chłopcy wybuchnęli jeszcze głośniejszym śmiechem.
- Blaise! Masz mi to wszystko natychmiast wytłumaczyć! - krzyknęła wściekła Daphne. Nienawidziła nie wiedzieć co się dzieje. Zaczęła okładać chłopaka po plecach, a on nadal krztusząc się ze śmiechu delikatnie odstawił ją na ziemię. Harry również postanowił odpuścić Hermionie i powoli postawił ją na jej własnych nogach.
- Kiedyś zrobię ci krzywdę - obiecała groźnie, ale Wybraniec posłał jej tylko powątpiewający uśmiech i wymienił z Zabinim rozśmieszone spojrzenia.
- Jesteście popieprzeni - zaśmiała się Daph, mocno akcentując ostatnie słowo. Mimo to pozwoliła Blaise'owi objąć się od tyłu ramionami, a sama wtuliła się w jego klatkę piersiową. Hermiona już dawno wiedziała, że między nimi iskrzy, więc bardzo cieszyła się, że są ze sobą coraz bliżej.
- Zgadzam się - zawtórowała jej Granger.
- Spokojnie, księżniczki, trochę śmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziło - parsknął ślizgon.
      Hermiona groźnie zmrużyła oczy.
- Sam jesteś księżniczką Zabini - syknęła, groźnie machając palcem - oboje jesteście. I przez was spóźnię się na lekcje!
     Wyrwała Harry'emu swoją torbę i szybko pobiegła w stronę Sali Transmutacji. Jeśli McGonagall ją zabije, już ona da popamiętać tej bandzie idiotów.




     Lekcje minęły szybko, zarówno tego dnia, jak i podczas kilku następnych. Był piątkowy wieczór, a Hermiona i Draco spędzali go na ostatnim już, wspólnym szlabanie. Oboje cieszyli się, że to już koniec. Nie wiedzieli jak udało im się nie pozabijać przez ostatnie dwa miesiące. Snape nie wyglądał na zadowolonego, że to już koniec ich sprzątania. Zapowiedział, że jeśli dziś nie skończą, przedłuży im karę, jednak oni na te słowa tylko spojrzeli na siebie powątpiewająco i uśmiechnęli się chytrze. Malfoy nadal nosił na szlabany różdżkę Zabiniego, a Harry od niedawna pożyczał Hermionie swoją. Gdy weszli do składzika z eliksirami, Granger miała ochotę ucałować Dracona za pomysł z zapasowymi różdżkami, bo na miejscu zastali taki syf, jakiego nie było tam nawet na początku.
- A to przebiegły gad - mruknął z cieniem uznania Malfoy, a gryfonka lekko uśmiechnęła się na te słowa. W myślach, ona sama często określała chłopaka dokładnie takim samym słownictwem. Nie to, żeby często o nim myślała, ani nic z tych rzeczy oczywiście, ale gdy już jej się to zdarzyło, słowo "gad" było używane najczęściej.
- Jak bujać, to my, nie nas - zaśmiała się Hermiona i lekceważąco machnęła różdżką.
     Malfoy ledwo zdążył się uchylić, gdy kilka fiolek z eliksirem niespodziewanie przeleciało w miejscu, gdzie jeszcze ułamek sekundy temu miał twarz.
- Zabiję cię Granger - oświadczył takim tonem, jakby mówił, że skończyło się mleko.
- Dawaj - odparła tym samym tonem, a jej brwi powędrowały w górę. Przybrała pozę jakby była karateką i właśnie szykowała się do pojedynku.
- Skończ się już poniżać - prychnął, uśmiechając się szyderczo, ale uśmiech ten zniknął z jego twarzy zaraz po tym, gdy dziewczyna kopnęła go wierzchem stopy w udo.
- Nadal taki jesteś mądry? - poruszyła brwiami kilka razy w górę i w dół, ale Malfoy tylko zmrużył oczy i zdecydowanym ruchem podciął jej nogi. Natychmiast straciła równowagę i była pewna, że zaraz zaliczy widowiskowe spotkanie z podłogą, ale nic takiego się nie stało. Nie, nie złapał jej. Wykonał tylko jeden ruch ręką, rzucając niewerbalne zaklęcie, dzięki któremu odbiło ją od ziemi i podrzuciło do góry. Gdy niezdarnie wylądowała na zgiętych nogach i rzuciła mu wściekłe spojrzenie, on jedynie uśmiechnął się szelmowsko, nadal przybierając pozę lekceważącego wszystko dupka.
- Przynajmniej nie jestem niezdarą. - odpowiedział na zadane przez nią wcześniej pytanie.
     Wiedziała, że to tylko gra i powinna się z niej śmiać, tak samo jak robił to Malfoy, ale już przestało jej być do śmiechu. Naprawdę bała się, że przywali głową o podłogę. Gdy podciął jej nogi, tak bardzo przypominał jej tego starego, wrednego Malfoya, którym był jeszcze w tamtym roku. Ale czy teraz było inaczej? A może po prostu to ona chciała go inaczej odbierać? Nie, przecież kilka razy jej pomógł.. Ale przecież...? Nie, dosyć!
     Nie miała ochoty przebywać z nim dłużej w tym samym pomieszczeniu. Pomimo zaskoczenia, które na sekundę odmalowało się na jego twarzy, zdecydowanie nacisnęła na klamkę i wyszła na korytarz. Zdziwiła się gdy usłyszała za sobą kroki. Jej oddech natychmiastowo przyspieszył, bo na korytarzu było całkowicie ciemno, a za nią ktoś szedł. Szybko jednak przypomniała sobie, że osoba, która za nią idzie to Malfoy. Nie chciała się odwracać, więc jedynie przyspieszyła kroku i starała się myśleć o czymś innym, niż o ciemnych, strasznych korytarzach. Wiedziała, że bać się Hogwartu to z jednej strony głupota, bo przecież mieszka tu już piąty rok. Z drugiej strony, gdy przypomniała sobie, jakie kreatury chodziły i nadal chodzić mogą, po tym zamku, zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Odpłynęła myślami tak daleko, że zupełnie zapomniała gdzie jest i co się dzieje. Nagłe szarpnięcie ramienia, brutalnie przyciągnęło ją do rzeczywistości. Natychmiast pisnęła i odskoczyła kilka kroków do tyłu, zupełnie zapominając o różdżce schowanej w tylnej kieszeni jej ciemnych jeansów.
- Nie piszcz! - warknął Malfoy i ponownie do niej podszedł.
     Hermiona odetchnęła ciężko i przyłożyła dłoń do szybko wybijającego rytm, serca.
- Przestraszyłeś mnie! - odwarknęła.
- Przecież szedłem za tobą cały czas - Hermiona zdziwiła się słowem "szedłem", bo doskonale pamiętała, że ciągle musiała poprawiać Rona, gdy mówił "szłem". Tym razem jednak nie pozwoliła swoim myślom odpłynąć za daleko. - Czemu odstawiasz takie szopki? Dlaczego wyszłaś?
- Bo jesteś wkurzającym, lekceważącym, wrednym, patologicznym, wścibskim, wkurzającym, podłym, agresywnym, niebezpiecznym, niespełna rozumu ślizgonem!
- Przestań parodiować AK-47 i uspokój się wreszcie! Co tym razem zrobiłem nie tak?
- Co cię to w ogóle obchodzi, Malfoy? - syknęła, nadal wściekła, a być może jeszcze bardziej rozjuszona jego słowami.
- Skoro pytam to widocznie mnie obchodzi! - warknął, też powoli tracąc zimną krew.
     Hermiona zaśmiała mu się w twarz.
- Przestań Malfoy, takie szlamy jak ja nic cię nie obchodzą i oboje dobrze o tym wiemy! - krzyknęła, a jej słowa rozniosły się echem po ciemnym korytarzu.
     Niespodziewanie chłopak pchnął ją na ścianę, pod którą stała i kładąc dłonie po obu stronach jej głowy, przyparł ją własnym ciałem, tak, by tym razem nie miała jak uciec. Hermiona wstrzymała oddech, zdziwiona jego zachowaniem i czekała na dalszy rozwój wydarzeń. Wlepiła wzrok w jego usta, bo bała się spojrzeć w jego piękne, stalowo-błękitne oczy. Bała się, że kolejny raz w nich utonie.
- Nie używaj słowa "szlama". - powiedział cicho, ale dobitnie.
     Zapominając o swoim poprzednim postanowieniu, spojrzała w jego oczy i natychmiast tego pożałowała.
- To twoje ulubione słowo. - prychnęła. Lewa brew chłopaka natychmiast powędrowała do góry.
- Cieszę się, że wiesz to lepiej ode mnie. - mruknął sarkastycznie.
     Dlaczego nie przeszkadzało jej, że stał tak blisko?
- Nic takiego nie powiedziałam... - burknęła.
- Nie Granger, teraz serio. Co ty w ogóle o mnie wiesz? - zapytał, lekko uderzając dłońmi w miejsca o które je opierał.
- Wiem, że jesteś.. - zaczęła mówić, ale szybko zatkał jej usta dłonią.
- Nie - powiedział stanowczo - Co wiesz o mnie ty, a nie trzy-czwarte Gryffindoru z Potterem na czele.
     Hermiona zmarszczyła brwi, bo ta rozmowa bardzo przypominała jej tą, którą kiedyś przed szlabanem przeprowadziła z Blaisem Zabinim.
- W takim razie - powiedziała, solidnie ważąc słowa - wiem, że ciągle udajesz kogoś kim nie jesteś. Wiem, że chcesz się zmienić, że lubisz się kpiąco uśmiechać, że jesteś dobrym przyjacielem, ale na siłę chcesz być "tym złym, mrocznym typem" i wiem, że masz serce, bo już kilka razy mi pomogłeś. Wiem o tobie naprawdę o wiele więcej niż ci się wydaje, Malfoy.
     Widziała po jego minie, że go zaskoczyła. Czy naprawdę myślał, że ona tego wszystkiego nie zauważyła? Przecież nie jest ślepa ani głupia.
     On natomiast zaskoczył ją tym, że się odsunął. Odsunął i westchnął ciężko.
- I co, jesteś zadowolona?
     Hermiona coraz mniej rozumiała z tej sytuacji.
- Niby z czego? - zapytała cicho, marszcząc brwi.
     Malfoy uśmiechnął cię kpiąco i wcisnął ręce w kieszenie spodni. Widziała, że nie wie co ma z nimi zrobić.
- Teraz znasz prawdę, więc możesz mnie zniszczyć do tego stopnia, że nie będę mógł nawet wyjść z własnego dormitorium.
- Nie chcę cię niszczyć. - zapewniła od razu.
- Oczywiście, że chcesz - parsknął. - Nie myśl sobie, że jesteś mi cokolwiek winna. To ja jestem winny tobie, za poprzednie cztery lata.
- Nie mam do ciebie żalu, Malfoy. - powiedziała, a on znowu prychnął. Miała ochotę mu przyłożyć. - Nie zamierzam cię niszczyć, zrozum to.
- Wybacz Granger, ale nie wiem czy mogę ci wierzyć. - westchnął.
- Przypominam ci, że z naszej dwójki to nie ja jestem tą, która lubi uprzykrzać innym życie. - odparła natychmiast.
- Ha! A więc masz do mnie żal! - zauważył.
     Hermiona oparła się o ścianę i odchyliła głowę do tyłu. Już naprawdę nie wiedziała jak ma do niego dotrzeć. Z resztą, dlaczego ona w ogóle z nim rozmawia? Powinna być już dawno w łóżku. Chciała iść do Wieży Gryffindoru, ale gdy przeniosła wzrok z sufitu, zauważyła Malfoya, który znów przypierał ją do ściany. Tym razem stał stanowczo zbyt blisko.
- Nie znudziło ci się to jeszcze? - westchnęła zrezygnowana i ponownie oparła się plecami o ścianę. Draco nie przyciskał jej do ściany, a jedynie zagradzał jej drogę, więc mogła w każdej chwili po prostu go odepchnąć i nawet chciała to zrobić, ale coś kazało jej zostać. Co to było, zrozumiała dopiero dużo później. Ponownie spojrzała w jego oczy, które teraz koloru burzowych chmur, mówiły jej, że ma ochotę się kłócić.
- Nie - zaśmiał się. - Dopiero się rozkręcam.
     Zaskakujące było, jak szybko zmieniały mu się nastroje.
- Odsuń się. - powiedziała, nie dając się nabrać na te jego gierki.
- Rozpraszam cię? - zapytał, sugestywnie poruszając brwiami.
- Męczysz mnie - powiedziała chłodno i złożyła ręce na piersi, jednocześnie zwiększając dystans między nimi.
- W takim razie pomęczę cię jeszcze trochę, bo po różdżki do Snape'a mamy iść dopiero za dwadzieścia minut.
     No tak. Szlaban, Snape, ich różdżki. Zupełnie zapomniała.
- Odsuń się natychmiast - powtórzyła, zupełnie ignorując jego ostatnie zdanie.
- Powiedz mi Granger, dlaczego my się tak nienawidzimy? - zapytał, nagle zmieniając temat.
- Nie nienawidzę cię. - zdziwiła się.
     Lewa brew chłopaka podskoczyła w górę.
- Co to, wieczór kłamstw?
- Nie, Malfoy. - burknęła - To ty mnie nienawidzisz.
     O dziwo odsunął się od niej i usiadł obok, opierając się o ścianę. Już jej nie zatrzymywał, więc mogła sobie pójść, ale postanowiła usiąść obok niego.
- Dlaczego tak myślisz? Mówiłaś, że nie masz do mnie żalu - zauważył, patrząc na przeciwległą ścianę.
- To skomplikowane...
     Zaśmiał się.
- Wcale nie. Albo mnie nienawidzisz albo nie, tu nie ma nic pomiędzy.
- Jest. To nie wygląda tak, że albo kogoś kochasz albo nienawidzisz. Świat nie jest czarno biały.
     To wszystko było dziwne. Dochodziła dwunasta w nocy, a ona siedziała w całkowicie ciemnym korytarzu, w towarzystwie Dracona Malfoya i czuła się z tym dobrze.
- Kto powiedział cokolwiek o miłości? - zaśmiał się.
- Skoro już popadamy ze skrajności w skrajność, to przecież miłość jest przeciwieństwem nienawiści. - zauważyła.
- Kto ci nawciskał takich głupot, Granger?
     No tak, mieli normalnie porozmawiać, a on znowu się z niej nabijał.
- To nie głupoty, tylko prawda - oburzyła się.
- W takim razie kochasz mnie? - przeniósł na nią swoje bystre spojrzenie.
- Co ci przyszło do głowy? Oczywiście, że nie! - zdziwiła się i uderzyła go pięścią w ramię. Zrobił zbolałą minę i udał, że cios go zabolał.
- No widzisz. Miłość to nie przeciwieństwo nienawiści, bo skoro mnie nie nienawidzisz, musiałabyś mnie kochać. - zauważył.
- To ty mówiłeś, że albo cię nienawidzę albo nie.
- Bo przecież tak jest. Jeśli w ogóle się zastanawiasz czy mnie nienawidzisz, to znaczy, że tego nie robisz, bo gdyby to była prawdziwa nienawiść, nie miałabyś wątpliwości. Tak samo jest z miłością, ale to nie oznacza, że to przeciwieństwa. Wręcz przeciwnie, te dwa uczucia są jak dobra i zła bliźniaczka.
- Miłość jest dobra?
- Nie, miłość to suka. Najpierw obiecuje ci nie wiadomo co, kusi jak zakazany owoc, a później wbija ci nóż w plecy. Z nienawiścią jest odwrotnie, ona nie łudzi, ona przyzwyczaja do prawdy, nawet tej najgorszej.
- To bardzo mądre. - przyznała.
- Widzisz? Więc dlaczego uważasz, że cię nienawidzę?
- Całkiem odeszliśmy od tematu. - zauważyła.
- To do niego wróćmy.
- Czy dla ciebie wszystko jest takie proste? Albo kogoś lubisz, albo nie, nie zastanawiasz się nad tym, zawsze po prostu działasz?
- Tak. Po co mam utrudniać? Jeśli w ogóle się zastanawiam, czy aby na pewno kogoś lubię, to znaczy, że go nie lubię. Jeśli nie mam na coś ochoty, to nie zmuszam się do tego. Jak przestaję kogoś tolerować, to nie zadaję się z nim na siłę, bo widocznie ta osoba nie powinna być w moim życiu. - wytłumaczył, a ona zrozumiała coś bardzo ważnego.
- Możesz mi w czymś pomóc? - spytała, nie wiedząc dlaczego w ogóle to robi. Wydawać by się mogło, że Malfoy nie jest odpowiednią osobą do tego typu rozmów, ale skoro zabrnęli już tak daleko, to dlaczego nie mieli by robić tego dalej?
- Prosisz mnie o pomoc? - znowu się zaśmiał, jednak nie był to śmiech kpiący ani złośliwy. Był po prostu zwyczajny.
- Też mnie to dziwi. - zawtórowała mu śmiechem. - Chodzi o to, że ostatnio pogodziłam się z Ronem...
- Weasleyem?!
- A znasz innego Rona? Byłam u niego na święta i...
- Zgłupiałaś? Ten koleś chciał cię zabić!
     Dlaczego tak bardzo go to zdenerwowało?
- Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć!
- No to radź sobie sama!
- Dobra!
- Dobra!
     Oboje zerwali się i szybko ruszyli w stronę gabinetu Snape'a. Żałowała, że postanowiła w ogóle z nim zostać, a co dopiero mu się zwierzać. To zwykły ignorant!
     Snape posłał im kpiące spojrzenie, ale oddał różdżki i o nic nie pytał. Hermiona dziękowała Bogu, że ten dzień szlabanu był ostatnim. Jak na razie nie miała najmniejszej ochoty patrzeć na Malfoya.




      Już było okej, już normalnie rozmawiali i musiał, oczywiście jak zwykle, musiał to widowiskowo spierdolić! Dlaczego nie umiał się opanować i wysiedzieć kilka godzin bez kłótni? Miał ochotę się napić. Dużą ochotę.
     Nie był alkoholikiem, no bo jak miał być w tym wieku. Nie oznaczało to jednak, że był abstynentem. Pod łóżkiem trzymał kilka butelek, właśnie na takie i inne okazje. Granger go wkurzyła, ale z drugiej strony, nie musiał z nią spędzać więcej już ani jednego wieczoru. To był powód, żeby świętować!
     Włączył głośną muzykę, usiadł na podłodze, tak, że plecami opierał się o łóżko i napił się. Nie wiedział kiedy przeholował, ale do cholery, był piątek! Nie wiedział też, ile wypił, ale Blaise miał z niego niezły ubaw, gdy znalazł go, leżącego pod łóżkiem.
- No ładnie - wybuchnął śmiechem Zabini - Theodore! - krzyknął gdzieś w przestrzeń, a Draco szybko zasłonił uszy - Theo, chodź to zobacz!
- Pali się czy co? - spytał Nott, szybko wchodząc do sypialni. Zwykle to on był tym opanowanym, ale widząc rozwalonego na podłodze, zalanego Dracona, nie mógł się nie zaśmiać.
- Malfoy, ty gnido! - Blaise pochylił się nad blondynem i dość niedelikatnie zaczął klepać go po twarzy. - Piłeś bez nas?
- Śmieszy cię to?! - burknął Draco. Ściągnął ze swojego łóżka kołdrę i zakrył nią głowę.
- A żebyś wiedział, że śmieszy! - rechotał Blaise. Nie często miał okazję oglądać przyjaciela w takim stanie. Owszem, kilka dni temu, w Sylwestra, nieźle zabalowali, ale wtedy żaden z nich nie wyłożył się na podłodze.
- Zostawimy go tak, czy...? - zapytał Theo, gdy Blaise już trochę się uspokoił.
- Nie, chyba nie... chociaż w sumie.. zaczekaj - Po tych słowach znów przykucnął przy Malfoyu i potrząsnął jego ramieniem - Draco? - Gdy blondyn odburknął coś, co brzmiało jak "czego?", zapytał: - Czy jakbym darł się na ciebie po pijaku, to byś mi pomógł?
     Jeszcze zanim spytał, doskonale wiedział jaka będzie odpowiedź.
- Pocałuj mnie w tyłek Zabini! - warknął Malfoy, znów przykrywając się kołdrą.
- Zapamiętam.
     Blaise i Theodore wymienili rozbawione spojrzenia, po czym łapiąc wyrywającego się chłopaka za ręce i nogi, bez ostrzeżenia wrzucili go na łóżko. Gdy zadowoleni ruszyli do wyjścia, w całym dormitorium rozniósł się dźwięk tłuczonego szkła. Mieli duże szczęście, że pijany Malfoy nie widział gdzie rzuca butelką.
- Dobranoc kochanie - zaszczebiotał Blaise, gasząc światło i przymykając drzwi - Jutro będzie ci wstyd.
     Gdy tylko zeszli po schodach do Salonu, doskoczyła do nich Pansy.
- Co tam się stało? Słyszałam krzyki Draco. - zdziwiła się brunetka.
- To nic takiego - uspokoił ją Theodore - Malfoy urządził sobie powtórkę z Sylwestra.
     Pansy zaśmiała się pod nosem, a później, już spokojna, wskoczyła na kanapę. Pokój Wspólny Slytherinu był prawie zupełnie pusty. Oprócz wyżej wymienionej trójki, w fotelu przy kominku dwóch trzecioroczniaków grało w Eksplodującego Durnia, ale, jako, że nie było Malfoya, mogli sobie grać, bo nikt inny nie miał zamiaru ich przeganiać.
- Gdzie Daph? - zapytał od razu Zabini. Parkinson udała zmartwioną. Podparła się na łokciach i spuszczając wzrok na ręce, zaczęła wykręcać palce. - Pansy, gdzie jest Daphne?
- Nie wiem jak ci to powiedzieć, Blaise... - zaczęła niepewnie, jednocześnie doskonale się przy tym bawiąc.
- Po angielsku powinienem zrozumieć - burknął zniecierpliwiony. Chciał natychmiast wiedzieć gdzie była jego Da... gdzie była Daphne, po prostu Daphne...
- Umówiła się... - powiedziała cicho dziewczyna.
- Z kim? - ryknął Zabini, tak głośno, że trzecioroczniacy natychmiast złożyli planszę do gry i szybko wbiegli po schodach do dormitorium. Ku zaskoczeniu bruneta, Pansy wybuchnęła śmiechem.
- Kiedyś cię to zgubi - zaśmiała się, nie wiedząc jak wiele prawdy jest w tych słowach.
- Mów mi natychmiast z kim ona się umówiła, bo jak nie...
- Spokojnie Blaise, z nikim się nie umówiłam - nagle do rozmowy włączył się kolejny żeński głos.
     Zabini przeniósł zdziwiony wzrok z Pansy na Daphne i natychmiast doskoczył do tej drugiej.
- Na pewno? - zapytał podejrzliwie.
- Tak, po prostu brałam prysznic - zaśmiała się, widząc jego niepewną minę. Chłopak spojrzał na, istotnie, jeszcze wilgotne włosy dziewczyny i trochę ochłonął. Objął blondynkę ramieniem, a ona, choć już do tego przyzwyczajona, delikatnie się zarumieniła. - Pójdziesz ze mną na chwilę do pokoju? - spytała Blaise'a - Zapomniałam czegoś.
- Jasne - uśmiechnął się. Bardzo mu się ten pomysł spodobał.
      Pansy i Theodore uśmiechnęli się. Oni tak samo, albo może i bardziej od Hermiony, chcieli, żeby ta dwójka była razem.
- Nie wrócą tu - powiedział Theo.
- Nie - zawtórowała mu Pansy.




- Czego zapomniałaś? - spytał zadziornie Zabini, gdy blondynka delikatnie wepchnęła go do pokoju i zamknęła za nimi drzwi. Doskonale wiedział, że to była tylko wymówka, żeby zmyć się z Salonu.
- Bardzo śmieszne - groźnie zmrużyła oczy, ale błąkający się po jej ustach uśmiech zepsuł cały efekt.
- Mnie śmieszy - odparł i położył ręce na jej talii, jednocześnie się do niej zbliżając.
     Czuła się z nim cudownie. Uwielbiała gdy ją przytulał, to jaki był wobec niej czuły i kochany. Gdy tylko się zbliżał, gdy czuła zapach jego perfum, zapominała o całym świecie. Mimo to, czegoś jej brakowało. Nic sobie nie obiecywali, ba, oni się nawet nigdy nie całowali! Bała się, że pewnego dnia po prostu mu się znudzi i nie będzie mogła nic z tym zrobić, bo przecież nikt nie powiedział, że w ogóle razem będą. Czasami była na siebie okropnie zła, że pozwoliła mu się do siebie zbliżyć, ale gdy tylko go widziała, wiedziała, że nawet gdyby mogła cofnąć czas, drugi raz wpuściłaby go do swojego serca. Może to zabrzmi śmiesznie, ale bolało ją, że Blaise był jej przyjacielem. Wolałaby, aby był kimś więcej.
     Chyba wyrwało jej się westchnienie, bo brunet przeniósł na nią zaniepokojone spojrzenie.
- Co się stało? Uraziłem cię? - zapytał natychmiast. Oh, był taki cudowny!
- Nie, nie... ja po prostu... - znów westchnęła.
     Delikatnie wyswobodziła się z uścisku jego rąk i usiadła na brzegu swojego łóżka. Przejechała rękami po twarzy i zostawiła je wplecione w jeszcze wilgotne, blond włosy. Spuściła wzrok na podłogę i przymknęła oczy. Była mu bardzo wdzięczna, że do niej nie podszedł. Jego bliskość działała na nią rozpraszająco.
     Nadal stał w miejscu, w którym go zostawiła, z tą tylko różnicą, że teraz odwrócił się w stronę jej łóżka.
 Dzielnie czekał, aż zbierze myśli, nie przeszkadzając jej w tym.
- Nie chcę, żeby to tak wyglądało, Blaise. - powiedziała po chwili, żałując, że wypowiedziane przez nią słowa brzmią tak dwuznacznie, ale nie wiedziała jak inaczej miałaby to powiedzieć. Już zbyt długo milczała.
- Zrobiłem coś źle? - spytał niepewnie.
- Nie, oczywiście, że nie - zaprzeczyła i spojrzała w jego smutne, brązowe oczy. - Właśnie o to chodzi, że nie.
     Diabeł widocznie odetchnął, ale nadal nie wiedział co ma odpowiedzieć.
- Nie rozumiem. - przyznał, marszcząc brwi.
- Ja też - westchnęła - Chodzi mi o to... że ja już tak dłużej nie potrafię.
- Czyli jednak zrobiłem coś nie tak.
     Zabolało ją, gdy usłyszała zawód w jego głosie. Dlaczego bała się powiedzieć prosto z mostu, to co miała do powiedzenia?! Ah, no tak... Bała się, że po tym co powie, on wyjdzie, ale nie z pretensjami do siebie, tylko do niej. Była cholerną egoistką!
     Odetchnęła i z powrotem do niego podeszła. Raz się żyje, nie?
     Nie patrzył na nią, więc złapała jego twarz w dłonie i zmusiła, by spojrzał jej w oczy.
- Przysięgam, że nie zrobiłeś niczego źle. Chodzi mi o to, że ja nie mogę żyć tak pomiędzy... Boję się, że cię stracę, a tego bym nie przeżyła... - Ponownie odetchnęła i kontynuowała - Zbyt mocno mi na tobie zależy, Blaise.
     Widziała zdziwienie w jego brązowych oczach, które jednak szybko ustąpiło miejsca niedowierzaniu.
- Mówisz poważnie? - zapytał dziwnie cichym i zachrypniętym głosem.
- Całkowicie - przytaknęła. Jeśli jeszcze nie wyszedł, to chyba była na dobrej drodze, prawda?
     Znów poczuła jego silne dłonie na swojej talii, ale tym razem nie zaprzestał tylko na tym. Nawet nie miała czasu, żeby zdziwić się tym co się dzieje, bo gdy poczuła jego usta na swoich, odpłynęła do miejsca, z którego nie miała zamiaru zbyt szybko wracać. Poczuła jak stado motyli tańczy w jej brzuchu, a kolana miękną. Nigdy nie wierzyła w te wszystkie bzdury, ale teraz, gdy naprawdę je poczuła, uwierzyła!
     Zabrała dłonie z policzków Blaise'a i wplotła je w jego włosy. Przekręciła głowę, jednocześnie pogłębiając pocałunek. Poczuła, jak nie przestając jej całować, szeroko się uśmiechnął. O ile z początku całował ją delikatnie i czule, jakby nie chcąc jej spłoszyć, teraz mocno naparł na jej usta. Sprawiał wrażenie stęsknionego.. Może on też nie mógł się tego doczekać?
     Nie miała czasu na myślenie, bo chwilę później została delikatnie popchnięta na ścianę. Tym razem to ona się uśmiechnęła. Czy to wszystko nie było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe? Jeśli to sen, to nie chciała się budzić.
     Nagle ktoś zaczął dobijać się do drzwi, jednocześnie przywracając dwójkę ślizgonów do rzeczywistości. Oboje oderwali się od siebie, jednak nadal stali w tej samej pozycji. Blaise oparł czoło o jej czoło i ponownie przymknął oczy. Tak samo jak blondynka, nadal próbował uspokoić oddech.
- Nie otwieraj - szepnął prosto w jej usta, ale wbrew temu co powiedział, delikatnie się od niej odsunął. Szybko przygładziła ubranie i włosy, po czym podeszła do drzwi. Zabini natomiast, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście, wskoczył na łóżko Daphne i splatając ręce pod głową, wlepił wzrok w sufit.
- Nareszcie! - usłyszał skrzek Astorii Greengrass, starszej siostry Daphne. Odruchowo zacisnął powieki i westchnął. Jak on nienawidził tej pokraki! - Ile można stać pod drzwiami?!
- Ciesz się, że w ogóle cię wpuściłam - odpyskowała natychmiast blondynka, zamykając za siostrą drzwi.
- Oooo, Blaisik! - pisnęła gdy tylko go zauważyła - Jak mniemam, czekałeś na mnie?
     Nienawidził to mało powiedziane. Jeśli było coś ponad nienawiść, to właśnie to czuł do Astorii. Ta wiecznie napalona, plastikowa lala, pałała miłością do wszystkiego co było płci męskiej i oddychało. Naprawdę. Do wszystkiego.
- Nie, ja i Daphne byliśmy trochę zajęci - mruknął szorstko. Usłyszał jak młodsza Greengrass wzdycha ciężko, a po chwili miejsce obok niego lekko zaskrzypiało. Powoli podniósł wzrok, ale dzięki Bogu, siedziała tam Daphne, nie Astoria.
- To już nie jesteście - odparła brunetka i przysiadła się po drugiej stronie łóżka - Ale jeśli chcesz, to ty zaraz znów możesz być - dodała, w jej mniemaniu, ponętnie.
- Wolałbym spaść z Wieży Astronomicznej - powiedział z odrazą i zeskoczył z posłania. - Wychodzę.
- Ale.. - wtrąciła Daphne, która nie miała najmniejszej ochoty aby wychodził.
- Przyjdę po ciebie jutro rano i gdzieś cię zabiorę - obiecał, obdarzając ją najpiękniejszym uśmiechem jaki posiadał. Cmoknął ją w policzek i szybko opuścił pomieszczenie. Był taki szczęśliwy! Wreszcie między nimi zaczęło się coś dziać!
 - Brawo zdziro - syknęła w stronę siostry i biorąc w rękę piżamę, skierowała się do łazienki. Tak naprawdę, nawet Astoria nie mogła jej teraz zepsuć humoru. Chciała tylko jak najszybciej zasnąć, by już było rano i by znów mogła zobaczyć się z Blaisem. Miała nadzieję, że to wszystko nie jest jedynie przepięknym snem.





__________
    No i jest nowy rozdział! Mam nadzieję, że wam się podoba, bo mnie (oprócz kilku momentów) podoba się bardzo :D
    Strasznie się cieszę, bo nareszcie będę mogła połączyć Daphne i Blaise'a :D Jeśli ktoś nie lubi takich, odbiegających od Dramione części, to przepraszam, ale bez tej pary moje opowiadanie byłoby tak okropnie niepełne ;)
      Chciałabym także zauważyć, że blog ma już prawie pół roku i całe dziesięć rozdziałów! Choć czasami nie mam weny, to jednak jestem z wami już tyle czasu! Ciągle mam ochotę pisać! Bardzo mnie to cieszy, bo chciałabym doprowadzić tę historię do końca :D <3

  Nie mam pojęcia kiedy będzie kolejny rozdział, ale podejrzewam, że też mniej-więcej w ciągu dwóch tygodni :*
Za wszystkie błędy przepraszam ;)
Komentujcie kochani! <3

PS Ten rozdział ma calutkie 10 stron! To najdłuższy, jaki do tej pory napisałam! :D :D :D

9 komentarzy:

  1. Jeju jeju jeju... Najprawdopodobniej mój ulubiony rozdział do tego czasu. Świetna fabuła i cieszy mnie to, że do tej pory żadna część nie nudziła mnie. Po prostu się zakochałam w tym co tworzysz. Spostrzeglam jeden bodajże błąd ortograficzny i pare interpunkcyjnych, ale nie mogę się do tego przyczepić, bo jest to tak świetne, że brak słów. Czuje się jakbym tam była, dziękuję Ci za to. Świetnie, że jest druga para w ff, kocham ją. Czekam z niecierpliwością na kontynuację. Sabina. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Okeeej. Na początku przepraszam, że komentujs dopiero teraz, ale sama znasz powód. Wesoły początek, nie wydawał się nidzić, w zasadzie zachęcał do dalszego czytania. Fabuła bardzo mi się podoba i to chyba mój fav rozdziała. Mam nawet ulubiony cytat :D życzę weny na dalsze rozdziały kochanie 💞

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że akcja nie toczy się zbyt szybko. Nie lubię opowiadań, w których Draco w drugim rozdziale staje się wylewnym, skrzywdzonym chłopczykiem. U Ciebie jest wspaniale, czekam na następny rozdział. Życzę dużo weny! :)

    Osobiście chciałabym Cię zaprosić na mojego nowego bloga, na którym znajduje się już pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że zajrzysz. :)

    Nilkrokusy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny! :D Czekam na następny (y)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaczęłam czytać niedawno, ale koooooocham tego bloga! Wspaniale piszesz! Mam tylko małe pytanko: ta niechęć do Astorii to przez Toma Feltona? (Jako, że aktorka, która ją grała jest dziewczyną Toma...)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapuściłam się z czytaniem, ale już się wzięłam za siebie i nadrabiam zaległości :)
    Na dniach powinien pojawić się komentarz ode mnie ;)
    A w ramach rekompensaty nominowałam Cię do Liebster Award! Więcej szczegółów na

    http://accio-love-dramione.blogspot.com/2015/12/liebster-award-2.html

    Pozdrawiam,
    Feltson

    OdpowiedzUsuń
  7. Słodko <1+3
    We Wszystkich... naprawdę we wszystkich Dramione jakie czytałam obie siostry Greengrass były inteligentne jak but. U ciebie dobrze, że przynajmniej Daphne nie zachowuje się jak napalona idiotka. Jej związek z Blaisem jest po prostu uroczy! Co do Draco i Hermiony, mogliby się trochę ogarnąć. Draco cały czas zachowuje się jak debil, próbując nie zauważyć że Hermiona go lubi ;] Życzę weny. Lexie Malfoy <1+2

    OdpowiedzUsuń
  8. Się porobiło...
    Cieszę się, że Ron wrócił - może to nie jest moja ulubiona postać z "Harry'ego Pottera", ale to już robi nudne, jak jest ciągle tym złym. Ale Ty świetnie z tego wybrnęłaś, bo ci, którzy wolą złego Rona są zadowoleni, a zawolennicy neutralnego są także zadowoleni (przepraszam za powtórzenie, zabrakło mi słowa).
    Uwielbiam Blaise'a i Daphne razem ❤ Są tacy słodcy.
    Malfoy nam się psuje... Coś wyczuwam wątki Dramione... :D
    Czekam na następną część! :)
    Pozdrawiam,
    Feltson
    accio-love-dramione.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Nominowałam Cię do Liebster Award.
    http://dramione-granger-malfoy.blogspot.com/
    PS. Na przyszłość postanowiłam komentować Twoje posty. xd

    OdpowiedzUsuń